More is more and less is shit, czyli historia mojego stażu w studio Dawida Tomaszewskiego.

(poniższy tekst został zedytowany na żądanie Studia Dawida Tomaszewskiego, od oryginalnego różni go brak danych liczbowych dotyczących zatrudnienia)

Kiedy na początku listopada po raz pierwszy odwiedziłam studio Dawida Tomaszewskiego na berlinskim Charlottenburgu, przez próg przestąpiłam prosto do pomieszczenia wypełnionego suszącymi się liśćmi, w ilościach gdzieniegdzie sięgających kolan. Przy stole przeznaczonym do krojenia tkanin poczęstowano mnie lampką Prosecco (akurat odchodziła ze studia jedna ze stażystek) i odprowadzono do biura, gdzie miałam odbyć swoją rozmowę kwalifikacyjną. Poszło gładko, mimo, że nie dysponuję portfolio z prawdziwego zdarzenia. Na własnym komputerze pootwierałam wszystkie linki i dokumenty potwierdzające moje dotychczasowe doświadczenia edukacyjne i zawodowe, pogadaliśmy (najpierw po angielsku, w towarzystwie szefowej biura, potem już po polsku, wyłącznie z Dawidem) o mojej niemożności usiedzenia w jednym miejscu, moich planach zawodowych, moich oczekiwaniach, wszystkich możliwych sposobach na jakie mogłabym być użyteczna w pracowni. Obejrzałam sobie sprzęt na jakim miałabym pracować, podotykałam czego trzeba i ogłosiłam swoją gotowość do pracy. Potem nastąpiła kilkutygodniowa cisza.

Ciszę przerwałam ja, dopytując, czy oferta stażu ( w moim mniemaniu:  1-3 miesięcznej próby sił prowadzącej do zatrudnienia, ponieważ taka wizja przedstawiona przeze mnie w trakcie rozmowy kwalifikacyjnej nie została zdementowana) jest wciąż aktualna. W odpowiedzi otrzymałam informację, że studio nie oferuje w tej chwili żadnej płatnej pozycji, natomiast pomoc będzie potrzebna w okresie od 15 grudnia do 15 stycznia, czyli tuż przed pokazem na Mercedes Benz Fashion Week w Berlinie. Skalkulowałam potencjalne zyski i straty, zorientowałam się w sprawie bezpłatnego pomieszkiwania w Berlinie u znajomych (pobieżnie się zorientowałam, wybacz Kalko, jesteś fundatorem najlepszych wakacji mojego życia ;). 15-go grudnia o godzinie 9.45 stałam już w drzwiach studia, z zakupioną w biegu kawą i kanapką na wynos. Tego dnia, w ciągu zaledwie 10 godzin pracy, zweryfikowałam wiele swoich błędnych teorii  na temat tego, jak będzie wyglądał mój miesięczny pobyt w Berlinie.

Po pierwsze, z góry założono, że jestem w stanie sprostać każdemu powierzonemu mi zadaniu, z przerażeniem obserwowałam więc piętrzący się przede mną stos obowiązków, które ( w większości przypadków) wykonywałam po raz pierwszy w życiu.

Po drugie, co akurat było chyba do przewidzenia, byłam najstarszą osobą w całej załodze studia i jednocześnie najmniej doświadczoną zawodowo. Moi współpracownicy  byli ode mnie średnio 10 lat młodsi i właśnie odbywali półroczne staże, jakich wymaga od niemieckich absolwentów studiów licencjackich w dziedzinie projektowania odzieży tamtejszy system edukacyjny. Część z nich przed rozpoczęciem studiów ukończyła także 3-letnie krawieckie szkoły zawodowe. O ile w mojej szkole (FIT NY) nacisk kładziono na drapowanie — moi nowi współpracownicy byli znacznie bardziej biegli w technikach szycia i konstrukcji ubioru. Na szczęście byli też bardzo chętni do pomocy, to od nich nauczyłam się najwięcej podczas tego miesięcznego stażu. Gdyby nie Luiza, Jana, Danny i Josie, wracałabym pewnie do domu z podkulonym ogonem już po pierwszym tygodniu, mając za sobą jakąś spektakularną porażkę, której wstydziłabym się do końca życia.

Po trzecie,  szybko wywietrzały mi z głowy najwątlejsze nawet nadzieje na to, że bezpłatny staż w jakikolwiek sposób prowadzi do późniejszego zatrudnienia.  Ponieważ nie brakuje chętnych, świetnie wykształconych ludzi na darmowe staże (zakontraktowane na pół roku!) pracownie podobnej wielkości opłacają jedynie konstruktorów (w gorącym, przedpokazowym okresie) i krawców (tuż przed pokazem i w okresie produkcyjnym).

Czym więc zajmują się zastępy stażystów będących na względnie stałym wyposażeniu pracowni projektowej? Absolutnie wszystkim. Począwszy od krojenia tkanin, poprzez odszycie pierwowzorów i tak zwanych „show pieces” (to te elementy sylwetek pokazowych, które z założenia nie są przeznaczone do produkcji, głównie ze względu na bardzo wysoki koszt ludzkiej pracy, np. przy ręcznym wyszywaniu kryształków, koralików czy pajetek a nawet tworzeniu tkanin poprzez naszywanie tysięcy maleńkich paseczków wełnianej tkaniny na warstwy tiulu) aż po dokonywanie poprawek w szablonach/wykrojach. Stażyści zajmują się przymiarkami, poprawkami, pracują za kulisami pokazu pomagając przy stylizacji sylwetek wybiegowych. Przyszywają guziki i haftki, obszywają dziurki do guzików. Okazjonalnie bywają modelami dla pierwowzorów lub posłańcami/łącznikami studia z krawcowymi. Wszystkie te zadania muszą wykonywać szybko i  nienagannie, bo na ich miejsce czekają już inni (studio Dawida Tomaszewskiego widywało już niejednego stażystę poddającego się po pierwszym dniu pracy).

Stażyści popełniają też błędy. Głównie z przemęczenia, bo ostatnie tygodnie przed pokazem to 16-godzinne dni pracy, 7 dni w tygodniu (dwa razy zdarzyło nam się pracować po 18 godzin). Najciekawszą zakulisową historią jaką mam do przytoczenia było uszycie przez jedną ze stażystek (skądinąd doświadczoną i sprawną krawcową) płaszcza … tyłem do przodu. Kilka dni zajęło nam wszystkim zorientowanie się co w nim „nie gra”. Ja sama w przeddzień pokazu zostałam wyznaczona do odszycia pierwszych w mojej krawieckiej karierze spodni garniturowych z gurtem (to taka dość archaiczna, bo kosztowna i pracochłonna, wersja wewnętrznego wykończenia pasa spodni dodatkową, usztywnianą taśmą).  Im mniej zostawało mi czasu, tym bardziej przerażający wydawał mi się ten eksperyment. Coś co mogłoby być wartościowym doświadczeniem jeszcze kilka dni wcześniej, z godziny na godzinę zamieniało się w coraz większy koszmar (tymbardziej, że wszyscy inni byli równie spanikowani jak ja i nie było za bardzo nikogo, kto mógłby mi pomóc, wyjaśnić proces odszycia), pozwólcie więc, że podsumuję to w ten sposób : na trzy godziny przed pokazem wszyty przeze mnie pas musiał być wypruwany i składany od nowa, przez kogoś komu troche mniej trzęsły się ręce. Ja zdolna byłam przez dłuższą chwilę wyłącznie do palenia papierosa za papierosem. Tego dnia polały się moje pierwsze i jedyne stażowe łzy z gatunku tych, których sobie nie życzę. Poza nimi wylałam też wiele łez wynikających z histerycznego śmiechu, który ogarniał nas wszystkich niemal każdego dnia około 12-tej godziny pracy. Miałam szczęście pracować w zgranym zespole, gdzie konkurencja była zdrowa, wsparcie ogólnodostępne, w którym bez marudzenia wyręczaliśmy się nawzajem w zadaniach, które potrafią jednostkę doprowadzić do obłędu, kiedy zostaje z nimi sama na dłuuugie godziny, dni (patrz: koraliki, pajetki, paseczki i inne). Trochę żałuję, że nie miałam więcej czasu na szczegółowe podpatrywanie warsztatu Anetki aka Krawcowej Z Okolic Sanoka, której sprawność wszystkich nas wprawiała w osłupienie, a która przyjechała jedynie na 10 ostatnich dni tego maratonu, kiedy wszystkim nam robota dosłownie paliła się w rękach. Anetka współpracuje z Dawidem już od czterech sezonów, za każdym razem odszywając znakomitą większość wybiegowych sylwetek w tempie tak ekspresowym, że postronnemu obserwatorowi tkaniny tylko migają przed oczami.

Podsumowując, staż w studio Dawida (i innych, niewielkich pracowniach o ugruntowanej pozycji) polecam wszystkim tym, których na to stać, którzy nie wiążą ze stażem nadziei na zatrudnienie, są odporni na stres, cierpliwi (pajetki, kryształki, pamiętajcie..), uwielbiają obcować z najwyższej jakości surowcami, mają choćby solidne podstawy rzemiosła krawieckiego, najlepiej w małym palcu lewej ręki. Komu zdecydowanie odradzam podejmowania sie podobnego stażu? Oczywiście wszystkim, dla których „faszyn to paszyn”, którzy oczekują wdzięczności za swą ciężką pracę, którzy z igłą i nitką ostatni raz zetknęli się w wierszu Jana Brzechwy.

Pod spodem kilka marnych zdjęć mojego autorstwa wykonanych telefonem oraz wideo z pokazu, który odbył się 15-go stycznia w ramach Mercedes Benz Fashion Week w Berlinie. Niestety, bez oryginalnej ścieżki dźwiękowej, a szkoda.

IMG_0825

pół kilo Svarovskiego + ćwierć Jablonexu = 3 szesnastogodzinne dni pracy

IMG_0792
Pierwsze próby stylizacji.
IMG_0814
Coby dziewczyny trafiły.
IMG_0841
Jesteśmy już spakowani.
IMG_0869-001
Backstage czyli zaplecze pokazu.
IMG_0871-001
Przed wejściem na próbę, makijaż i fryzury juz gotowe.
IMG_0873-001
Przed wejściem na próbę, makijaż i fryzury juz gotowe.
IMG_0879
„Pozerki” jeszcze w cywilu.
IMG_0877-001
Tuż po próbie pokazu.
IMG_0883
Dawid pod obstrzałem.
IMG_0886
Paulina, za chwilę otworzy pokaz.
IMG_0903
Smutny koniec kariery jesiennych, ognioodpornych liści.