Historia pewnego nałogu, czyli jak stałam się kolekcjonerką ubrań.

Jest kilka rzeczy , które zmieniła we mnie wyprowadzka z Polski, jedną z nich jest zapatrywanie na modę.  Nie tę krótkoterminową, znaczoną nieograniczoną niemalże ilością trendów wysysanych z palca, naprędce, mających na celu systematyczne podnoszenie popytu na rzeczy których dotąd nie potrzebowaliśmy. Wysokojakościowa moda to coś nieprzemijającego ( i zdaję sobie sprawę z dość niefortunnego nieistnienia w języku polskim odpowiednika słowa “fashion”, mamy tylko “modę”, która sezonowość nosi we krwi). To coś wartego kolekcjonowania.

Obserwuję u siebie wiele uzależnień, ale żadne z nich nie jest tak silne jak uzależnienie od dawania schronienia niechcianym już, wysokojakościowym ubraniom. Moje zamiłowanie do ubrań z odzysku sięga początków liceum, w ostatnich latach  zaprzestałam całkowicie kupowania ”z pierwszej ręki”. Moją szafą mogłabym obdzielić ze trzy inne stylowe panie o rozmaitych gabarytach, jako że nie kupuję wyłącznie we własnych rozmiarach . Nie mogę przejść obojętnie wobec żadnego wartościowego i dobrze zachowanego przedmiotu. Wciąż przybywa na półkach i wieszakach i ubywa w portfelu. Nieduże sumy, często symboliczne w porównaniu do oryginalnych.

Jestem kolekcjonerką ubrań. Co więcej, mam skłonność do dość kontrowersyjnego łączenia swoich zdobyczy. W trakcie ostatniego Fashion Week Poland usłyszalam nawet (od cenionego publicysty w dziedzinie mody, którego publicystykę również cenię, nie wiem co dokładnie zrobić z nowo nabytą wiedzą o jego profilu stylizacyjnym;), że „wszystko mam fajne: spódnicę, sweter, płaszcz, wszystko. tylko dlaczego nic do siebie nie pasuje?”. Myślę, że chodzi o to, że nie zaprząta mi głowy, czy rzeczy które składam do kupy powstały choćby w tej samej dekadzie. Proste, prawda? Piękne rzeczy powinny bronić się same, bez kontekstu. Toteż do dżinsowych ogrodniczek potrafię założyć ponad stuletnią, wiktoriańską bluzkę z ręcznymi haftami i szczypankami, nie widzę w tym nic zdrożnego.

W związku z moim niezaprzeczalnym hobby w postaci zdobywania niezwykłych przedmiotów minimalnym kosztem musiałam zacząć myśleć również o rozlicznych usprawiedliwieniach swojej rozrzutności (ubrania kupuję dlatego że są piękne, relatywnie tanie i warte znacznie więcej niż za nie płacę — nie dlatego że są mi potrzebne, nawet nie dlatego że mogłabym je nosić). Jednym z usprawiediwień zostało stylizowanie sesji fotograficznych. Bardzo nie przepadam za fotografowaniem jednej rzeczy wielokrotnie ( zdarzyło mi się to tylko raz, z jedną wspaniałą koszulą której nie mam odwagi oddać lub sprzedać bo kocham ją bezgranicznie; co ważne — nigdy nie miałam jej na sobie), dlatego wciąż zdobywam nowe i nowsze ubrania wobec których nie udało mi się przejść obojętnie. Innym usprawiedliwieniem, przez kilka lat, było prowadzenie butiku online, nieistniejącego już LAexpress (czyli ekspresem z Los Angeles, bo początkowo zakupy robiłam w sklepach charytatywnych i magazynach kostiumów filmowych&telewizyjnych Hollywood). Przygoda z butikiem skończyła się, kiedy po kolejnej przeprowadzce (tym razem do Austin, stolicy Texasu, miasta tradycyjnie studenckiego i hippisowskiego) odkryłam, że w lokalnych second-handach nie mam absolutnie czego szukać. Prawda o amerykańskich SH (w ogromniej większości są to sklepy charytatywne) jest bowiem taka: zaopatrzenie jest dokładnie tak dobre jak dobrze ubierają się mieszkańcy miasta czy nawet okolicy, naprawdę wartościowe znaleziska to zwykle te z zakupów w najbogatszych dzielnicach. Dary składane w jednym miejscu, najczęsciej w najbliższym miejscu zamieszkania obdarowującego nie wędrują nigdzie indziej, pozostają w dokładnie tym samym sklepie aż do ostatecznej przeceny, często do $1 — czyli zupełnie inaczej niż w SH polskich, gdzie przebrane przez Anglików czy Skandynawów dary sprzedaje się ostatecznie zwykle na wagę.

Ilość sklepów z kiepskiej jakości mocno zużytą odzieżą w Szczecinie jest zresztą porażająca, ciekawi mnie za to znikomość rynku „vintage”, czyli brak sklepów z wyselekcjonowaną odzieżą sprzed lat. Jedynym wartym uwagi odkryciem jakiego dokonałam od czasu powrotu w rodzinne strony to butik Jesteś U Pani, prowadzony przez dwie młode kobiety, Martę i Agatę, wspólnie z którymi już wkrótce zaprezentujemy trochę upolowanych przeze mnie w LA i NYC skarbów. Tymczasem załączam dwie najbardziej udane sesje zdjęciowe, jakie powstały dla nieistniejącego już butiku LAexpress. Absolutnie wszystko co ma na sobie modelka pochodzi z drugiej ręki. Niektóre z ubrań widocznych na zdjęciach dostępne będą niedługo w butiku Jesteś u Pani.

1

2

3

4

5

zdjęcia : Panna LU

makijaż: Aga Miluniec

modelka: Małgosia

stylizacja: j.o.b

DSC_3153_A DSC_3216_AA DSC_3381_A DSC_3489a DSC_3542_A DSC_3834_red

zdjęcia : Panna LU

makijaż&stylizacja: Kasia Konkolowska

modelka: Małgosia

PRZESZŁOŚĆ I PRZYSZŁOŚĆ W JEDNYM STAŁY DOMU: ART&FASHION FESTIVAL (INDUSTRY).

A&FindustryNiedzielę 20-go października zapamiętam jako jeden z najciekawszych dni 2013 roku. Pierwszym, dość zaskakującym odkryciem jakiego dokonałam tego dnia było istnienie w Polsce płatnych autostrad (na 200 kilometrowej trasie Łódź – Poznań opłaty za użytkowanie autostrad trzeba było wnieść aż trzy razy, co niemal zdublowało wydatki na benzynę). Nie prowadzę samochodu (lubię myśleć, że nie prowadzę z wyboru, ale nie da się ukryć, że jestem w tej dziedzinie również wyjątkowym antytalentem), wypada mi więc być wdzięczną za istnienie licznych linii kolejowych, których cennik wciąż jest jeszcze dość rozsądny (nie licząc strat moralnych związanych z wyjściem do toalet).

Kolejnym, bardzo przyjemnym odkryciem był sam budynek Starego Browaru w Poznaniu — tak gustownie urządzonej galerii handlowej nie widziałam już dawno, właściwie całkiem możliwe, że nigdy wcześniej. Być może nie ma się czym chwalić, ale nigdy nie zdarzyło mi się wejść do budynku z ulicy, wjechać na drugie piętro i wyjść z budynku prosto do .. parku (i nie przywieziono tam tego parku skądinąd przedwczoraj ani tydzień temu, on tam był i czekał). Wielokrotnie nagradzana inwestycja Grażyny Kulczyk rzeczywiście bardzo wyróżnia się na tle  całkiem sporego spektrum wspomnień skatalogowanych w mojej głowie w folderze „centra handlowe/biznesowe/kulturalne” jako udany mariaż starego z nowym, kultury (w sensie efektów działalności człowieka) z naturą.

Na poddaszu (w każdym razie, wyżej już się wejść nie dało), w ramach Open University Art & Fashion Festival, w dość mrocznej sali konferencyjnej, głodnych wiedzy czekała seria ciekawych spotkań z ludźmi, których wkład w historię i/lub przyszłość mody już dziś można uznać za pewnik. Uczestniczyłam w trzech spotkaniach (na pierwszy panel tego dnia, spotkanie z Jesusem Echavarria, dyrektorem ds. komunikacji koncernu Inditex niestety nie zdążyłam dojechać) i wszystkie trzy uważam za udane.

Grażyna Hase (rocznik 1939!), kobieta-legenda polskiej mody, często wymieniana jednym tchem (bądź mylona) z Barbarą Hoff i innymi tuzami przemysłu odzieżowego peerelu, to pionierka polskiego modelingu, projektantka „z przypadku” (co w niczym nie ujmuje znaczeniu jej kariery w tej dziedzinie), właścicielka galerii sztuki i (ostatnimi czasy) archiwistka polskiej mody. Osoba o niezwykłej energii i pewności siebie ( w tym miejscu muszę przekazać wyrazy współczucia moderatorowi spotkania, Piotrowi Szradowskiemu, który ostatecznie był głównie „moderowany” przez panią Grażynę). Przez ponad godzinę (godzina to zdecydowanie za mało, by opowiedzieć historię życia i kariery zawodowej osoby tak barwnej), z ogromną dozą lekkości i poczucia humoru pani Hase opowiadała o realiach przemysłu odzieżowego w zamierzchłych czasach peerelu ( i krótko po nich), dzieląc się jednocześnie zasobami swoich archiwów zdjęć, na których wyraźnie widać, że pod względem kreatywności modzie polskiej tamtych czasów absolutnie niczego nie brakowało (niektóre projekty nawet dziś wyglądają dość futurystycznie). Projekty polskich marek (bo mało kto projektował wówczas „pod nazwiskiem”, również pani Grażyna projektowała długo pod parasolem  firmy Cora, w której pojawiła się jej debiutancka, inspirowana sowiecką Rosją kolekcja, o której wieść szybko obiegła świat) pokazywane były na wybiegach Paryża i (oczywiście ) Moskwy czy Budapesztu, przemysł dotowany przez państwo rozwijał sie prężnie i stabilnie (polskie marki odzieżowe, wszystkie podlegające Centralnemu Biuru Wzornictwa, zatrudniały modelki „na etacie”). Według pani Grażyny — nie było mowy o nudzie.

Trudno było się oprzeć wrażeniu, że sporą przykrość sprawiła prelegentce dość kiepska frekwencja wśród słuchaczy. Nie sądzę zresztą, żeby spowodowane to było próżnością, raczej obawą, że w powszechnej, współczesnej świadomości projektanci, którzy rozpoczęli swoje kariery już po zmianie ustroju nadal pozostaną „pionierami polskiej mody”, podczas, gdy rzeczywistość jest jednak trochę inna.  Myślę, że Grażyna Hase przyjęła zaproszenie festiwalu Art&Fashion w nadziei, że będzie miała okazję przekonać znaczne rzesze młodych ludzi o tym, że to nie oni byli pierwsi. Sala zapełniona była jednak tylko w połowie, mimo, że wykłady były darmowe a przecież niemal każdy młody człowiek w naszym kraju „kocha modę” i „interesuje się modą”. Zapytana o najbardziej cenionych przez nią młodych twórców mody w Polsce pani Grażyna odpowiedziała wprost, że ich nie zna, rzadko bywa zapraszana na pokazy. Nowa moda nie interesuje się Grażyną Hase — Grażyna Hase nie interesuje się nową modą. W sumie słusznie.

Spotkanie z twórcami projektu Shanzhai Biennial (Babak Radboy&Avena Venus Gallagher) rozpoczęło się od dość niefortunnie odczytanego „na role” manifestu, z którego dowiedzieliśmy się między innymi, że Shanzhai Biennial jest tworem polegającym na celebracji nieistniejącego, do tego stopnia, że nawet nazwa nie ma nic wspólnego z prawdą : Shanzhai Biennial miał bowiem miejsce już 2 razy w ostatnim roku. Wystąpienie gości z Nowego Jorku sprawiało wrażenie zaplanowanej/zorganizowanej akcji dezorientacyjnej. Z jednej strony, twórcy opowiadali o kolejnych odsłonach projektu (otwarciu fikcyjnego sklepu flagowego w Pekinie, podczas Beijing Design Week,  wystawy instalacyjnej w Nowojorskiej galerii sztuki współczesnej Momakolaboracji z Nowojorskim domem mody Telfar i projektem muzycznym Future Brown), z drugiej – zasłaniali się ogromną ilością abstrakcyjnego, przygotowanego zawczasu tekstu. Najciekawszymi fragmentami spotkania były te, w których mowa była o realnie istniejącej, nieudolnie zwalczanej przez władze  Chin kulturze Shanzhai, w której bardziej od Starbucksa pożądanym miejscem spotkań jest bliźniaczo podobny Bucksstar a noszenie butów marki Adodas nie jest wcale ujmą na honorze. Babak&Avea przyznali się też, że z radością obserwują rozprzestrzenianie się kultury podróbek (z nieznancznie zmienionymi nazwami/logotypami) również w świecie zachodnim, gdzie marki luksusowe zaczynają kopiować własne podróbki (bezsilność prawa autorskiego wobec tego procederu wynika bowiem z całkiem legalnej możliwości wykorzystywania 70% cudzego znaku firmowego, a wykroczenia w tej dziedzinie trudno jest udowodnić), tu przytoczony został przykład marki Givenchy, która już w kilka miesięcy po pojawieniu się na rynku podróbek bluz footballowych z ich logo wprowadziła podobne do kolekcji.

Shanzhai Biennial i jego wirusowa popularność to dowód na pęknięcie zdominowanego przez korporacje rynku (nie tylko mody, w Chinach podobno można kupić np. papierosy sygnowane nadgryzionym jabłuszkiem, a podróbki Iphone’a są „lepsze” od oryginału, bo mają wejścia na trzy różne regionalnie karty sim i wytrzymalszą baterię). Jako projekt stricte artystyczny (nie wytwarzający jak dotąd komercyjnie żadnego produktu) wymyka się na razie skutecznie prawu autorskiemu (choć artyści przyznają, że właśnie ze względów prawnych nie mogą się jeszcze podzielić szczegółami swojego najnowszego projektu). Włączam do „obserwowanych”.

Gościem specjalnym Open University Art & Fashion Festival był w tym roku Andrew Bolton, kurator Costume Institute w Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku, najlepiej znany jako twórca wystawy „Savage Beauty” – retrospektywy twórczości Alexandra Lee McQueen’a, mający jednak na swoim koncie wiele innych, godnych uwagi przedsięwzięć, jak choćby dwie ostatnie, głośne wystawy MET — „Impossible conversations” (wystawę konfrontującą twórczość Miuccii Prady i Elsy Schiapparelli) czy „Punk: chaos to couture” (wystawę przybliżającą podróż stylistyki punk z londyńskiej ulicy na międzynarodowe wybiegi mody, pisałam o niej dla Ultra Zurnala kilka miesięcy temu). Pan Bolton przedstawił materiał zdjeciowy z procesu powstawania wystawy „Savage Beauty”, dementując jednocześnie wiele błędnych interpretacji, jakie towarzyszyły kolejnym kolekcjom przedwcześnie zmarłego projektanta. Lee McQueen (jak nazywa go Andrew Bolton, który wprawdzie nie przyjaźnił się z projektantem, ale kilkakrotnie miał okazję spotkać się z nim osobiście) w opowieści Boltona to człowiek na wskroś romantyczny, nieco wycofany z życia społecznego perfekcjonista, który jednak oddaniem wobec przyjaciół zasłużył sobie na ich lojalność (po samobójczej śmierci McQueen’a jedynie jego były partner zdecydował się rozmawiać z prasą na ten temat). Materiał zdjęciowy przedstawiony przez Boltona to głównie przedwystawowe ujęcia eksponatów, które jadnak największe wrażenie robiły w dramatycznej aranżacji MET Museum (wystawa „Savage Beauty” korzystała z każdego dostępnego we wnętrzach żywiołu, od wody po wiatr poruszający połami płaszcza lub tysiącem falban sukienki, którą w hologramowej prezentacji nosiła Kate Moss).

W sekcji Q&A pojawiło się sporo pytań na temat ostatniej ekspozycji Costume Institute, „Punk: chaos to couture”, a także tych dotyczących metod pracy Instytutu generalnie. Ja sama próbowałam się dowiedzieć na ile reakcyjna jest tematyka wystaw Instytutu (przedziwnym trafem bowiem „Savage Beauty” została otwarta tuż po śmierci McQueena, „Impossible  Conversations” zaś tuż przed reaktywacją po latach domu mody Schiapparelli). W odpowiedzi Bolton zapewniał, że wszystkie te zbiegi okoliczności były zupełnie przypadkowe. Nie do końca potrafię w to jednak uwierzyć. Bolesna lekcją, jaką wyniosłam z sekcji Q&A z Andrew Boltonem było zdanie sobie sprawy z tego, że przez wszystkie te lata (odkąd po raz pierwszy spróbowałam wymówić to nazwisko) błędnie wymawiałam Schiapparelli. Otóż, jeżeli mogę przysłużyć się tu komukolwiek, kto tkwił w tym samym błędzie : skiaparelli (nie sziaparelli) to poprawna wymowa nazwiska. I tu akurat wierzę panu Boltonowi w 100% 😉

O festiwalu Art&Fashion w poznańskim Starym Browarze robi się z roku na rok coraz głośniej, mówi się o nim z coraz większym szacunkiem i słusznie. Mam tylko jedną wątpliwość : czy naprawdę nie dałoby się ustalić daty festiwalu tak, by nie pokrywała się z FWP w Łodzi? Chciałabym wierzyć, że tym razem było to zwykłe niedopatrzenie, brak komunikacji między organizatorami imprez a nie celowa próba bojkotu z którejkolwiek ze stron. W przyszłym roku październik znowu będzie miał 31 dni i aż 4 pełne weekendy — skorzystajmy z tego rozsądnie.

Faszyn łyk, obserwacje natury socjologicznej.

ls_20131018_4074.jpgOd 17go do 19go października przez większą część dnia hodowałam sobie odciski na pośladkach siedząc na widowni pokazów 9. edycji Fashion Philosophy Fashion Week Poland. Moje przemyślenia dotyczące samych pokazów i zaprezentowanych na nich bardziej lub mniej udanych kolekcji odzieży należą do magazynu ULTRA ŻURNAL, z którego legitymacją prasową dyndającą przy pasku torebki poruszałam się po namiocie wystawienniczym. (Taki myk : robi się wokół paska pętelkę z tasiemki na której zawieszona jest legitymacja, samą legitymację wkłada się do kieszonki torebki i już wystarczy tylko pociągnąć za tasiemkę w celu okazania legitymacji po raz 186ty tego dnia. W całej operacji potrzebny jest tylko jeden paluszek, może być najmniejszy, reszta paluszków może zajmować się podtrzymywaniem kubka z herbatą, kanapki panini czy toreb z zakupami, bo przecież robi sie zakupy „u polskich projektanktow”.) Tu chciałabym podzielić się kilkoma obserwacjami natury socjologicznej, bo między pokazami były przerwy, po pokazach „aftery” a przestać spostrzegać przecież nie sposób.

Właściwie bywało, że obserwacje natury socjologicznej grzmiały we łbie wielokrotnie głośniej od obserwacji estetycznych, także w trakcie samych pokazów. Za dowód niech posłuży fakt, iż kompletnie nie pamiętam który pokaz oglądałam zasiadając niefartownie obok Jednej z Najbardziej Popularnych (również międzynarodowo) Polskich Blogerek wizerunkowych (szafiarek znaczy), 19-letniego uosobienia katastrofy intelektualnej i porażki polskiego systemu szkolnictwa, ale także (podobno) stylu glamour. Z litości (również nad sobą samą, bo nie interesuje mnie otrzymywanie listów z pogróżkami od zapewne niemałej rzeszy fanów tejże) nie posłużę się tu imieniem i nazwiskiem. Otóż, nie pamiętam pokazu, ponieważ przysłaniała mi go gwałtowana gestykulacja wyżej wymienionej, która to, konwersując jednocześnie (donośnie) z redaktorem naczelnym jednego z dość ( zdaje się) poczytnych magazynów i wybuchając co chwila gromkim śmiechem usiłowała umieścić na Instagramie podobiznę „faka”, uformowanego ze swej powabnej rączki w stylu glamour.

Przerwy między pokazami wypełniało wystawanie w długich kolejkach po ciepłe napoje (bo główny namiot FWP funduje nam w październiku istny rollercoaster temperaturowy) do popicia aspiryny, następnie zaś odnajdywanie „swoich” i wspólne palenie papierosów. Wszelkie próby omówienia „na gorąco” dopiero co obejrzango pokazu spalają na panewce, bo co kilka minut ktoś z kółka dyskusyjnego wyrywany jest nam siłą przez fotografów blogów street style’owych, panie prezenterki jutubowych kanałów podobno poczytnych czasopism i portali plotkarskich (a także wysłanników producentów napojów gazowanych i nie oraz nie wiadomo czego jeszcze, jak się okazało, kiedy koleżanka odkryła swoje zdjęcie na fanpejdżu pewnej wody mineralnej, za którą nie przepada). Podobno moda to nie bułka i nie da się jej smaku ocenić jeszcze w trakcie przeżuwania, stąd prawdopodobnie najbezpieczniej jest ubrać się wystarczająco kontrowersyjnie (tym samym atrakcyjnie dla fotografów i pań prezenterek), by w dyskusjach „na gorąco” po prostu nie musieć brać udziału.

Wygląda również na to, że tak zwana ścianka sponsorska, mocno od jakiegoś czasu obśmiewana przez media „niezależne” ( bo tym zależnym raczej nie opłaca się nabijać się ze ścianek sponsorskich), przestała być popularnym tłem fotografii „streetstylowej”. W tym sezonie najmodniej było dać się sfotografować na tle sporych rozmiarów rozpiski wydarzeń FWP, umieszczonej dla wygody tuż przed wejściem do namiotu — dobre, naturalne światło + plus możliwość sprawdzenia (dostępna nawet cierpiącym na sporą krótkowzroczność ) występowania w grafiku nazwisk, o których słyszymy po raz pierwszy w życiu. Dowód na to, że organizatorzy FWP również oglądają TVN (którego redakcja z kolei, jak jeden mąż, podobno śledzi profil pewnego popularnego blogera na FB, a wszystko to z braku dostępu do telewijzji kablowej i internetu). Jedynym przypadkiem usilnych prób obfotografowania się na tle ścianki sponsorskiej ( i jednocześnie chyba najsmutniejszą obserwacją socjologiczną tego sezonu) była dziewczyna: ładna, lat pewnie ze 25, całkowicie pijana okołogodziny 16.00 (co skutecznie uniemożliwiało jej utrzymanie się w pionie na niebotycznie wysokich obcasach, więc niemal przestawiła  nieszczęsną ściankę sponsorską, próbując uzyskać od niej – ścianki- wsparcie), zmuszająca swojego niezwykle zawstydzonego choć wciąż bardzo cierpliwego (biorąc pod uwagę okoliczności) chłopaka do wykonania pewnie z setki ujęć sprytnymfonem marki Apple. Ta sama dziewczyna zajmowała miejsce tuż obok mnie na pokazie Evy Minge o 22.00. Trochę zdążyła już wytrzeźwieć, choć sądząc po zapachu gorzelnianym i rozmazanym makijażu oczu tego dnia uznała fashion shower za jedyną wartą zachodu formę odświeżenia. Swojego chłopaka (wciąż zawstydzonego, nieco mniej jednak cierpliwego tym razem) posadziła w rzędzie tuż za sobą, po przekątnej, żeby mógł lepiej uchwycić jej profil na tle trwającego właśnie pokazu. Nie sądzę żeby jej oczy widziały cokolwiek z tego co działo się na wybiegu (w przeciwnym razie wybrałaby raczej inny pokaz, z którym lepiej wyszłaby na zdjęciach), bo jej głowa zwrócona była lepszym profilem w kierunku oka sprytnegofona marki Apple bez względu na to, gdzie akurat znajdowały się modelki. Kim była dziewczyna? Co wspólnego miała z modą? Nie wiem. Nie sądzę również, że była jedyną tego typu dziewczyną (lub chłopakiem) na widowni pokazów, reszta może tylko rozsądniej używała alkoholu dla dodania sobie odwagi.

W pierwszym rzędzie pokazów zasiadali jak zwykle „ludzie ważni” (sama zasiadałam tam również, z przyczyn praktycznych, do czasu gdy dnia drugiego pod wieczór dojechało z Warszawy nieco więcej „ludzi ważnych” i dla uniknięcia sporów należało się dobrowolnie katapultować do rzędu jakiegokolwiek_poza_pierwszym). Wśród „ludzi ważnych” zasiadał pewien  Znany Polski Pisarz, który podobno „nie szuka na Fashion Weeku inspiracji do następnej ksiązki, po prostu kocha modę”. Myślę, że gdyby tylko na widowni pokazów zasiadał jakikolwiek inny pisarz, nasz Znany Polski Pisarz sam mógłby stać się inspiracją czyjejś nowej książki. Jego brawurowe stylizacje z obowiązkowym gigantycznym logo znanych światowych marek tu i ówdzie, odziewanie się w „świeże bułeczki” (niezbyt jednak świeżo pachnące, jako że twórcy zrecyklingowane i /zdaje się/ nieprane elementy odzieży potraktowali dodatkowo litrami nieszczególnie naturalnie pachnącej farby) pokazywane dopiero kilka godzin temu na wybiegu oraz ostentacyjnie dokonywane (w pierwszym rzędzie, ku uciesze licznych fotografów) poprawki makijażu — wszystko to czyniło Znanego Polskiego Pisarza obiektem obserwacji wielu. Gdyby tylko był na sali jakiś inny pisarz, choćby nie bardzo znany..

I tak dochodzimy do momentu, w którym na imprezie podobno poczytnego magazynu lano darmową wódkę. Trudno powiedzieć kto był na imprezie a kogo zabrakło, bo było tak gęsto i dymno (impreza prywatna, ekhm) że siedząc z „moimi” na schodach, w dole widziałam jedynie mrowisko, w którym każdy cierpiał na brak powietrza i przestrzeni do wyciągnięcia kończyn.  W końcu nadszedł moment , w którym wycieczka do toalety okazała się tyleż przykra co niezbędna. Niezbędna z powodów oczywistych, przykra z wielu. Po pierwsze , oczywiście — kolejka sięgała stropu. Po drugie — w kolejce wszystkie panie ( bo chadzam do toalet damskich) miały nieźle w czubie. Ostatecznie zaś — w toalecie damskiej, oparty o ścianę stał (ledwo) Bardzo Znany Bloger, wykładowca FWP, wkładając ręce w majtki dwóch nieletnich ( tak sądzę) dziewcząt, które w tym samym czasie lizały go po szyi. Trochę się we mnie zagotowało i to nie tylko dlatego że wypiłam już morze darmowej wódki. Do Bardzo Znanego Blogera mówię (po angielsku, bo polski nie jest zapewne jego mocną stroną) że to niefajnie wykorzystywać w ten sposób popularność. Na co on mi : nie bądź zazdrosna ( też po angielsku, choć angielski nie jest jego pierwszym językiem). Z przykrością zawiadamiam, że Bardzo Znanego Blogera byłam zmuszona usunąć za pomocą obu rąk własnych i całej siły reszty ciała z damskiej toalety. Nic innego nie pomagało, takiej buty dostarcza dziś bycie Bardzo Znanym Blogerem. Nie ma już we mnie ani trochę rokendrola, dac tru.

Takie właśnie są moje spostrzeżenia natury socjologicznej z wydarzenia, które takich spostrzeżeń dostarczać nie powinno (chyba). Wniosków nie będzie, ciągnijcie aż wyciągniecie. Na zdrowie.

Zdjęcie: 9. FashionPhilosophy Fashion Week Poland, fot. Lukasz Szelag/Moda Forte

Dusza światowa o małym rozumku (o wywiadzie-rzece z Dorotą Masłowską).

duszaswiatowaTrochę się boję, już na samym wstępie. Boję się, bo wiem, że do recenzowania książek mam kwalifikacje porównywalne z tymi, które pani z warzywniaka ma w kwestii oceny najnowszych osiągnięć techniki systemów POS (to kasy fiskalne, jakieś takie bardziej zaawansowane niż liczydła). Po pierwsze — nie przeczytałam w swoim życiu wystarczająco dużo, żeby bez żenady wystosowywać swoje pretensje do kogokolwiek piszącego. Po kolejne — z pozycji osoby piszącej bez większych sukcesów zawsze będę postrzegana jako frustratka, nieprawdaż? Ustalmy więc od razu, że nie będzie to recenzja książki a raczej tekst, w którym dzielę się z Wami tym co pomyślało mi się w związku z książki lekturą.

Przeczytałam właśnie wywiad-rzekę z Dorotą Masłowską ( który nie ujrzałby światła dziennego bez udziału  koleżanki po fachu, Agnieszki Drotkiewicz) i jestem mocno skonsternowana. Z jednej strony — dawno nie zdarzyło mi się przeczytać ponad 200 stron tekstu w ciągu dwóch wieczorów (co świadczy o tym , że lektura była z jakichś powodów satysfakcjonująca), z drugiej — aktywność czytelniczą o takiej intensywności potrafię wytłumaczyć tylko obsesją. Obsesja to nic zdrowego, wiadomo. Obsesję na punkcie postaci Doroty Masłowskiej pielęgnuję od wielu lat, pęcznieje mi ta obsesja z każdą wydawaną przez nią książką, no bo jak to jest, że tylko ja nie dorosłam jeszcze do wypowiadania się swobodnie,  bez strachu o to „co sobie ludzie o mnie pomyślą”? Mam chorobliwą słabość do ludzi wybitnie utalentowanych, Dorota Masłowska jest zdecydowanie na mojej liście słabości.  Od samego początku jej kariery pisarskiej podziwiam niekonwencjonalność i trafność jej spostrzeżeń na tematy wszelkie (no, może z wyjątkiem ostatniej książki, „Kochanie, zabiłam nasze koty”, w której dość naiwne  wierzenia na temat „Ameryki” broniły się głównie dzięki arcyciekawej stylistyce języka), trochę na zasadzie ” że też ja na to nie wpadłam!?”. I tu zaczynają się właśnie kłopoty z „Duszą światową”.

Większość treści przedstawionych w „Duszy..” to prawdy tak powszechnie znane, że rozczarowującym jest już sam fakt, że dziewczyny (Dorota M. i Agnieszka D.) zdecydowały się je opublikować w formie książkowej. Tabloidyzacja kultury, zjawisko hipsterstwa czy redukcji interakcji społecznych do sfery wirtualnej naprawdę nie wymagają już żadnych dodatkowych opracowań, szczególnie tak wtórnych jak te, które znalazły sie na kartach „Duszy światowej”. I nie pomoże tu podpieranie się mnóstwem cytatów i nazwisk „znanych i cenionych”, którymi z takim upodobaniem rzuca pani Drotkiewicz.

Największe osobiste rozczarowanie spotkało mnie przy okazji rozdziałów „Sposób ubierania się” i „Ameryka”. Z pierwszego z nich wyraźnie wynika, że żadna z pań nie interesuje się przesadnie tematem a nadmierną dbałość o strój (nazywaną tu /o losie!/ przeinwestowaniem westymentarnym) utożsamiają z intelektualnym ubóstwem. Pojawia się też jedno ciekawe spostrzeżenie, mówiące o tym, że kobiety ubierają sie tym strojniej im mniej wolności przysługuje im w danym okresie historycznym w ich kręgu kulturowym. O ile przykłady Rosjanek ubranych balowo od rana i intensywnie umalowanych Iranek potrafię jeszcze jakoś przełknąć o tyle postawienie Nowego Jorku w opozycji ( gdzie podobno „połowa ludzi wychodzi na ulicę w piżamie albo podkoszulku i laczkach albo stroju na WF”) sprawia, że zastanawiam się bardzo intensywnie, czy na pewno mówimy o Nowym Jorku w stanie Nowy Jork Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. No, to tyle o modzie.

„Ameryka” w oczach Doroty Masłowskiej z kolei (bo A. Drotkiewicz w sposób oczywisty jedynie o niej gdyba) to miejsce „zbudowane na micie Disneylandu”, w którym każdy ” może stać się każdym” oraz gdzie „ta wolność od przeszłości, to, że przeszłość nie ma tam żadnego znaczenia, jakaś taka lekkość bytu..” fascynuje turystów, będąc jednocześnie odpowiedzialnością (czyli ciężarem, oho!) dla ludności lokalnej. Tak, taki właśnie obraz Ameryki maluje nam nagradzana, niezwykle spostrzegawcza pisarka, która najwyraźniej spędziła większość swojego czasu w Stanach Zjednoczonych oglądając „Amerykę” z okna swojego pokoju hotelowego/taksówki, bądź na przyjęciach organizowanych przez ośrodki polonijne. Zresztą, nawiązań do „Ameryki” jest w książce wiele więcej i wszystkie jak jeden mąż każą mi spuścić w toalecie moje pobożne życzenia, żeby schematyczny, stereotypowy świat przedstawiony w „Kotach” okazał się tylko figurą stylistyczną. Nic z tego.

Są w książce dwa rozdziały, w których ulubiona przeze mnie właściwość pisarstwa Masłowskiej (niekonwencjonalność)  jednak dochodzi do głosu. „Jedzenie z pęknięciem” i „Przygoda socjologiczna” to fragmenty rozmowy, z których dowiadujemy się o dość niezwykłych upodobaniach kulinarnych i przygodowych (z gatunku obozu przetrwania) autorki ogłuszająco wręcz głośnej prozy. Ciekawe jest również nawiązanie do dramatu Czechowa „Mewa”, w którym pojawia się tytułowa dusza światowa, byt, którego warunkiem zaistnienia jest zbicie się jednostkowych dusz ludzkich w jedną, tłumną i duszną. Problem w tym, że dusza światowa według Masłowskiej to stworzenie durnowate, ułomne, pospolite, stąd na samo wyobrażenie siebie jako jej części składowej przechodzą mnie ciarki.  Wyobrażam sobie, że fascynacja duszą światową w takiej właśnie postaci daje Masłowskiej łatwość wchodzenia w światy jej powieści, tak różne przecież od jej własnego świata. Stąd pewnie w jej powieściach znakomita większość postaci to te, z których łatwo sobie zakpić, które są do kpin idealnym wręcz materiałem. Wciąż jednak — absolutnie odmawiam złożenia swojej duszy w ofierze duszy światowej wg. Masłowskiej.

Pozostaje jeszcze pytanie : po co powstała ta książka? Książka, która mogłaby być znacznie bardziej wartościowa gdyby wywiad przeprowadzony został za kilkadziesiąt lat, z osobą dojrzałą i ostatecznie ukształtowaną. Po co 30-latce taki 200 stronicowy pomnik? Czy z potrzeby „wygadania się” po latach unikania środków masowego przekazu? Jeżeli miało być to takzwane „ocieplanie wizerunku”, to, szczerze mówiąc,  wolałam chłód, w którym mogłam stać goła i z rozdziawioną z podziwu buzią. No, chyba, że chodzi o te pieniądze, których pisarka podobno „już nie wstydzi się zarabiać”, wtedy wszystko staje się prostsze do wytłumaczenia. A Wy, macie jakieś inne teorie? Podzielcie się, chętnie zweryfikuję własne i trochę się odsmucę.

#szczecin_aloud_and_the_band

Wczoraj wieczorem (wczesnym_aż_po_późny, bo wydarzenie trwało ponad 4 godziny) odbyło się w Szczecinie 2. Seminarium z udziałem blogerów bardziej i mniej znanych, będące częścią planu rekrutacyjnego portalu miejskiego Szczecin Aloud. Blisko 200 osób pojawiło się w Multikinie by posłuchać o szeroko rozumianej blogosferze.

Spotkanie rozpoczęło się dość niefortunnym wystąpieniem gościa ze świata mediów papierowych (Artur Ratuszyński z Kuriera Szczecińskiego), z którego większość ze zgromadzonych  pewnie nie dowiedziała się niczego poza tym , że powinni czytać, czytać, czytać  (i to nie tylko własne blogi ale i książki!) oraz, że słowo MEGA nie jest jedynym dostępnym w słowniku na określenie wielkości (serio? wielkości?). Dość oczywistym był fakt, że redaktor Ratuszyński o blogosferze wie niewiele i że nie bardzo go ona obchodzi. Trudno, jest świetnie.

Następnie, po stronie mniej znanych, bo „lokalnych” blogerów znalazła się załoga Szczecin Aloud, oczywiście. Bardzo wesoła załoga ( i w sumie nieźle pisząca, fotografująca, filmująca, itd.), która jednak chyba przeceniła swoje umiejętności kabaretowe/aktorskie, prezentując skecz sceniczny (oj oj) i filmową parodię 20 m2 Łukasza (oj oj oj), jednego z gości seminarium, umyślnie (jak sądzę) obsadzonego w roli wisienki na torcie, by zatrzymać w sali jak największą ilość osób do samego końca (bo kto nie chciałby sobie pstryknąć słitfoci ze „znanym blogerem”, a w trakcie nie wypada). Najciekawiej wypadła prezentacja (werbalna i obrazkowa, z ilustracjami Joli Mazur, mojej zdecydowanej faworytki) członków redakcji.

Ekipa SA to fajna i różnorodna banda, w której każdy robi to co lubi (pisze, fotografuje, rysuje, filmuje), która chyba jednak zbyt głośno reklamuje się sama jako „niewiedząca_wiele_o_blogach” ( czy rzeczywiście? a jeżeli rzeczywiście to właściwie po co o tym tyle gadać? ).

Po 15-minutowej przerwie wypełnionej (przynajmniej w moim przypadku) spożywaniem ogromnych ilości maleńkich i pysznych kanapeczek serwowanych przez organizatorów, rozpoczęły sie występy znanych i lubianych nie tylko lokalnie. Justynę Kwiecień  z portalu socjomania.pl zdecydowanie wolę w wersji pisanej (tego tematu własnie dotyczył wykład Justyny) niż mówionej. Stojąc przed publicznością zdaje się tracić pewność siebie, własnych poglądów (dość autorytatywnych i dyskusyjnych niekiedy) nie potrafi obronić pod ostrzałem pytań. To minusy, a plus? Pani Justynie udało się namówić mnie do reaktywowania konta na twitterze, ciekawe kiedy się ponownie zniechęcę ..

Bardzo ciekawą prezentację na temat popularności vs. opiniotwórczości w blogosferze przedstawiła Natalia Hatalska, ceniona specjaliska ds. komunikacji, mediów i reklamy.  I choć sama nie dowiedziałam się wiele nowego, zdaję sobie sprawę, że wykład adresowany był w ogromnej mierze do osób znacznie młodszych ode mnie, dopiero zaczynających swoją przygodę z blogosferą, na bieżąco odkrywających mechanizmy rządzące komunikacją w sferze publicznej. Ponadto, pani Natalia jest świetną mówczynią. Nawet rozwodząc się o neandertalizacji języka, jego powolnym powrocie do form obrazkowych (nowy trend wirtualnego świata : emoji) mówi czystą choć nieskrępowaną polszczyzną czym ujęła mnie za serce szczególnie. Gdyby jeszcze znalazła ( i wypromowała!)  polskojęzyczne zastępstwo folołersów — upiekłabym dla niej moją słynną lasagne!

No i wreszcie wisienka: „bardzo słynny niebloger” Łukasz Jakóbiak, pre­zen­ter, twórca i pro­wa­dzący inter­ne­towy talk-show 20m2 Łuka­sza. Człowiek, który z „parcia na szkło” potrafił uczynić zaletę.  Wszyscy go znają, niemal wszyscy lubią. Muszę przyznać, że komediowe uzdolnienia Łukasza, które wczoraj wydawały się być „na sterydach”, doprowadziły mnie kilka razy do łez śmiechu. O czym opowiadał? Wiadomo — o sobie, o sobie i jeszcze raz o sobie. Potem jeszcze trochę o Lady Gaga, ale oczywiście w kontekście własnego geniuszu. Czy nauczyłam się czegoś z tego „wykładu” ? Tak. Nauczyłam się, że rozbuchane ego może być bardziej śmieszne niż straszne gdy sami zaczniemy się niego śmiać. Łukasz Jakóbiak potrafi zadawać poważne i trafne pytania całkiem poważnym osobom w czterech ścianach swojej kawalerki, potrafi również (ku wielkiej uciesze własnej i publiczności) robić z siebie pajaca przez godzinę (41 minut „wykładu” + około 20 kolejnych w sekcji „pytania od publiczności”, która to sekcja również w większości przejęta została przez show Łukasza), stojąc przed żywą publicznością, sprawiając, że wychodzimy z sali pewniejsi siebie, uśmiechnięci i nawet nie wiemy dlaczego. To niemały talent.

Czy warto było wziąć udział w seminarium? Absolutnie tak.  Czy warto wziąć udział w konkursie na członka redakcji Szczecin Aloud? Ja biorę udział i zachęcam do wzięcia udziału każdego z Was (to do Szczecinian), bo nie lubię wygrywać tylko dlatego, że nie było konkurencji 😉

PS. Słodkiej foci nie będzie, bo akurat dopadła mnie jesienna fala opryszczki, wyjątkowo niefotogeniczna. Pokażę Wam za to moje nowe buty z FunInDesign (nie, nikt mi ich nie podesłał w barterze, zapłaciłam za nie żywym, plastikowym peelenem), w których wybrałam się na seminarium. To był ich debiut, wczoraj przyszły pocztą. O butach i całej idei FunInDesign wkrótce.

fid

Pogadajmy o luksusie.

Właśnie skończyłam 35 lat, wśród prezentów urodzinowych znalazły się najróżniejsze przedmioty codziennego użytku (czajnik, żelazko, toster, np.), bo w czasie ostatniej przeprowadzki znowu pozbyłam się niemal wszystkiego i właściwie wszystkiego potrzebuję. Kompletuję dom od zera. W takiej sytuacji odrobinę luksusu, zresztą całkiem wirtualnego, postanowiłam sobie sprawić sama. Zakupiłam cyfrową kopię filmu dokumentalnego, który zrobił na mnie ogromne wrażenie podczas mojej ostatniej wizyty w Nowym Jorku. Do dziś obejrzałam go już 4 razy i wcale nie powiedziane, że w nadchodzący weekend nie zafunduję sobie powtórki z tej smakowitej rozrywki.

Scatter My Ashes At Bergdorf’s to film opowiadający historię jednego z najbardziej luksusowych domów towarowych świata, stojącego przy Piątej Alei w NYC. Historia przybytku to jedna z tych, które występują zawsze z przydomkiem „american dream”, który współcześnie wywołuje na twarzach raczej grymas niedowierzania, irytacji lub spojrzenia pełne politowania, bo jest bezsprzecznie reliktem przeszłości – historyjki pucybutów i krawców dorabiających się fortun to dziś raczej ludowe bajania. Matthew Miele (reżyser filmu, który mimo znakomitych recenzji wielokrotnie określany był w prasie mianem najdłuższego filmu reklamowego w historii mody) skupia się jednak na marzeniach bardziej przystających do współczesnej rzeczywistości.

Poznajemy więc Lindę Fargo, osobę odpowiedzialną za pozyskiwanie nowych linii projektowych dla Bergdorf Goodman. Marzeniem Lindy jest serwowanie szampana w salonie obuwniczym BG w każdy piąteczek, wszystkie inne marzenia (zdaje się) już się spełniły. Dowiadujemy się, którzy ze współczesnych projektantów nie wyobrażają sobie życia bez własnego wieszaka/pokoju w nowojorskiej mekce mody, a którzy wciąż jeszcze czekają na telefon z działu zakupów BG (pełna lista płac TU). Wszystkim im marzy się lub właśnie spełniają marzenie o prestiżu, bo nikt nie ukrywa, że samo pojawienie się kolekcji na wieszakach tego wyjątkowego domu towarowego niekoniecznie zapewnia drastyczny wzrost sprzedaży. Niemniej, „jeżeli twoja kolekcja nie wisi w BG, to nie ma dla tych ubrań żadnych szans, po prostu nie istnieją”, mówi projektant Isaac Mizrahi.

Luksus podług standardów Bergdorf Goodman to jednak nie tylko piękne wnętrza i horrendalnie drogie ubrania i dodatki. BG to luksus pracy w znakomitych warunkach, pracy stabilnej i dobrze płatnej (podobno odźwierny zarabia tam tyle ile pielęgniarka, personal shopper zaś, w zależności od zaangażowania osiąga zarobki lekarza specjalisty lub nawet dyrektora szpitala). Niegdyś, gdy pan Goodman z żoną zamieszkiwali najwyższe piętro budynku przy 5tej Alei, przechadzali się w kapciach i podomkach po piętrach przybytku tuż przed otwarciem i doglądali interesu osobiście. A interes swój widzieli zarówno w usuwaniu truchełek much z parapetów okien jak i upewnianiu się, że pracownicy (w szczególności krawcy i projektanci, oczywiście) zjedli ciepłe i pożywne śniadania. Pracownik luksusowego przybytku musiał być bowiem szczęśliwy w pracy, przychodzić do niej z ochotą i z zapałem ofiarować swoje godziny w służbie biznesu.

Moi ulubieni bohaterowie to Betty Halbreich, wiekowa stylistka/personal shopper (o sławie osoby boleśnie szczerej i darzącej sympatią niewielu wybrańców) i David Hoey, dyrektor kreatywny do spraw wizerunku, szef zespołu projektantów witryn sklepu, znanych na całym świecie ze swej ekstrawagancji. To właśnie oni, najbardziej spośród plejady postaci ukazanych w filmie, stanowią według mnie o jego wyjątkowości. Pani Halbreich (na oko 70-letnia, stylistka, która karierę swoją rozpoczęła na długo przed tym, kiedy bycie stylistką stało się modne) na pytanie o to, czym zajęłaby się, gdyby przestała pracować dla GB odpowiada krótko i zwięźle : „piłabym”. Pan Hoey oprowadza widza po pracowniach dekoratorskich i magazynach poukrywanych w dość obskurnych częściach miasta z radością dziecka w dzień Bożego Narodzenia. To on zapewnia rozrywkę ( i kontakt ze sztuką) tysiącom nowojorczyków i turystów, którym zawartość portfela nie zapewni dużej frajdy wewnątrz sklepu.

W trakcie swojego rocznego stałego pobytu w Nowym Jorku często chodziłam pogapić się w witryny Bergdorf Goodman, wielokrotnie w zupełnie niezmienione od poprzedniego razu, zawsze jednak znajdowałam na nich coś, czego wcześniej nie zauważyłam. Wracam pogapić się w nie przy okazji każdej mojej wizyty w NYC. W środku byłam jedynie raz, przy okazji którejś z edycji Fashion’s Night Out. Ośmielił mnie gęsty tłum, w którym łatwo było się zgubić, w którym grymas niedowierzania wywoływany na mojej twarzy przez ceny umieszczone na metkach jakoś umykał uwadze większości. Ciekawostka : tamtej nocy, w tymże tłumie, na widok moich wieelkich, zdziwionych oczu pan sprzedawca (występuje również w filmie, przystojny śniady młody człowiek z dredami) nie dał mi spokoju dopóki nie założyłam szpilek Louboutin’a, mówiąc : „załóż, przejdź się kilka kroków i zrozumiesz, że wcale nie chcesz ich mieć”. Jakby to powiedzieć ładnie : dla każdego doradztwo na miarę jego portfela? Lubię to, tymbardziej, że nigdy nie chciałam mieć tych szpilek.

Reasumując — film polecam gorąco każdemu, kogo widok luksusu nie przyprawia o mdłości. Pod spodem zwiastun filmu,  w całości dostępny jest przez Amazon VOD, 36-godzinne  wirtualne wypożyczenie kosztuje około $5, film wart jest każdego wydanego centa.

Krytyku, opowiedz mi bajkę.

DVNJak co sezon, od trzech tygodni spędzam część dnia (i/lub nocy) śledząc wybiegi Nowego Jorku, Londynu, Mediolanu i Paryża. Jak co sezon kopiuję do wirtualnego albumu fotografie sylwetek, z którymi estetycznie jest mi najbardziej po drodze, jednocześnie wybierając te, które uważam za najbardziej charakterystyczne dla kolekcji (czyli takie, które wywołają z mojej pamięci główne założenia kolekcji nawet, jeżeli wrócę do nich za kilka sezonów, a pamięć mam krótką, podczas gdy komentowanie mody wymaga kontekstu). Jak co sezon zostawiam sobie odczytywanie recenzji pokazów na deser. Po pierwsze, mimo największej niechęci do tego faktu – łatwo ulegam sugestiom. Sugestie działają na mnie w dwojaki sposób : osoba, której zdanie cenię potrafi zmienić mój punkt widzenia na sprawę o dobre 90 stopni; z drugiej strony ktoś, z kogo autorytetem mam zwykle problem może akurat mieć rację, może mieć nawet tę samą rację, którą ja właśnie obracam w szarych komórkach a wynik jest taki, że wbrew sobie zdanie postanowię zmienić, byleby tylko nie zgodzić się z własnym antyautorytetem. Męczące toto. Dlatego — interpretacje innych zostawiam sobie na sam szarusieńki koniec.

Nie odkryję nowych lądów, jeżeli powiem, że branża modowa ma swoich ulubieńców i swoich chłopców/dziewczynki do bicia.  Nie powiem nic nowego, jeżeli stwierdzę, że wypowiedzi pewnych autorytetów ( w tej kategorii odnotowuję obecność zarówno poważanych przeze mnie specjalistów jak i ludzi, których kompetencje uważam za mocno niewystarczające dla ustalania ogólnie_przyjmowanych_za_słuszne opinii) potrafią ustalić prąd wierzeń na temat wartości poszczególnych kolekcji prezentowanych w danym sezonie. Z zasady próbuję zapoznać się z obiema opcjami i muszę przyznać, że w tym sezonie doznałam olśnienia : wiem już co stanowi o jakości komentarza modowego! Wiem co różni mistrzów i wannabes modowej żurnalistyki.

Otóż, na podstawie jednego tylko pokazu (oczywiście, zdecydowanego ulubieńca międzynarodowej prasy, którego fenomen wciąż umyka mi jakoś; nie to, że nie lubię, bo lubię ale wielbić jakoś nie potrafię) a właściwie jego recenzji ostatecznie pojęłam co charakteryzuje znakomity kometarz mody. Na razie recenzje pojawiły się jedynie we wiarygodnych źródłach, co umożliwia mi absolutnie pozytywne podejście  do tematu, bez negatywnych przykładów, choć prędzej czy później pojawią się i te wtórne, złożone z pożyczonych spostrzeżeń ubranych w nie do końca lotne, bo przerabiane na siłę frazy. Na szczęście do tego czasu temat niemal zupełnie się dla większości zdezaktualizuje, bo jak wiadomo, w niezmiennie zmiennej modzie liczy się tylko informacja podawna na gorąco.

Chodzi o pokaz kolekcji wiosenno-letniej, którą w zeszłą środę zaprezentował w Paryżu Belg Dries Van Noten (uff, udało się złożyć zdanie w taki sposob, by nie trzeba było odmieniać nazwiska). Kolekcja luźno inspirowana kulturą flamenco, typowo dla projektanta uwspółcześnioną, odludycznioną, przepisaną na nowo, przemalowaną w kolorystyce niepokojącego hiszpańskiego malarstwa baroku raczej niż festiwalu pieśni i tańca wzbudziła powszechne poruszenie oraz lawinę ochów i achów uzasadnianych zwykle (choć często pośrednio) wysokiej klasy stylizacją pokazu oraz urodą detalu (tu zwykle chodziło o detal tak detaliczny, że zupełnie niewidoczny dla tych, którym nie dane było siedzieć w pierwszym rzędzie, nie wspominając już nawet tych, którzy zadowolić muszą się oglądaniem fotografii online).

Tak więc przeglądam zdjęcia z pokazu i co widzę? Widzę kobietę, która nie wstaje z łóżka przed południem a kiedy w końcu zbierze się w sobie i wyjdzie z domu by pooglądać świat nie tylko przez wielkoformatowe okna swojej wieży z kości słoniowej  nie bardzo wie, kiedy do niej wróci, stąd ubiera się od razu stosownie na każdą ( czyli żadną) okazję. Widzę dziewczynę, która po domowej, choć dość wysmakowanej imprezie zasnęła na kanapie, zmuszona była pożyczyć od gospodarza/gospodyni „coś do spania”  a rano, przed wyjściem, za skarby świata nie mogła znaleźć własnej bluzki, w związku z czym wybiegła na ulicę dokładając do „piżamy” jedynie spódnicę w której przyszła (albo odwrotnie: wychodzi w pożyczonych portkach, własnej bluzce, niewielka różnica). Taką kobietę widzę ja, porywające? Nie bardzo.

Na szczęście w pierwszym rzędzie na środowym pokazie siedziało kilka osób, które widziały więcej niż ja na zdjęciach. Nie zabrakło im również wyobraźni. Okazuje się więc, że wspomniana kobieta tak naprawdę jest rodzajem Kopciuszka zamrożonego wpół drogi między swym mizernym żywotem pędzonym w łachmanach i fajerwerkami balu na dworze książęcym. Albo nie, właściwie prawda jest całkiem inna : bohaterka pokazu to potomkini władców właśnie (właśnie!) obalanego mocarstwa, zbiegająca z królestwa, ukrywająca swe królewskie szaty pod giezłem wieśniaczki w obawie przed egzekucją. Lepiej, prawda? Znacznie lepiej. Mam już nawet kilka pomysłów na to, jak sobie strój zamrożonego Kopciuszka wyczarować w ramach mojej skromnej dość garderoby, jak zaaranżować się na uciekającą carewnę w nadchodzącym sezonie. Oczywiście, na nic z nadchodzącej kolekcji DVN mnie stać nie będzie, ale coś wymyślę, moja wyobraźnia właśnie dostała potężnego kopa i chyba właśnie na tym polega wartościowe komentatorstwo mody. Pomiędzy właściwie użyte fachowe terminy branżowe wrzuć mi, krytyku, bajkę. Bez bajki moda to tylko ubrania. Acha, krytyku, najbliższa okazja do bajkopisania już niedługo: 15-20 października, w Łodzi.