Był taki projekt, nazywał się ranłej.

project-runway Od razu się przyznam: nie oglądałam ani jednej zagranicznej edycji Project Runway. O wielu słyszałam. Nie wiem na ile prawdziwe są informacje, które posiadam (np. to, że w amerykańskich edycjach projektanci mają do dyspozycji krawców i konstruktorów, przynajmniej na pewnym etapie, żeby skuchy w postaci źle wszytych zamków już nie musiały pojawiać się na wybiegu; podobno generalnie ma być widać progres, i tyle). Nie znam żadnego projektanta, którego bym ceniła , a którego rodowód sięga jakiegokolwiek telewizyjnego konkursu talentów. Obawiam się, że “wygrani” kolejnych edycji będą zawsze cierpieć na syndrom “ oh, so last season” w oczach publiki zgeneralizowanej, bo na ich miejsce już będą inni, równie fascynujący uczestnicy zabawy w “make your dream happen”.  Bardziej liczę na tych, którym “nie udało się”.

Żeby wygrać w tego rodzaju programie trzeba robić co każą, uczestniczyć w wymyślonych na poziomie produkcyjnym  intrygach, telewizyjnych smaczkach smacznych jak zepsuta zupa. Żeby wygrać trzeba grać, a nie każdy grać umie, niektórzy mają inne talenty. Dlatego przede wszystkim zupełnie nie sprawdziła się w programie Paulina Matuszelańska, która mogłaby pokazać tam wiele ciekawych prac, gdyby tylko nie musiała uczestniczyć w żadnym show.

Trzeba przyznać, że pośród naszych rodzimych młodych_zdolnych_i_chętnych_do_wzięcia_udziału_w_strasznie_długim_przedstawieniu_cyrkowym talentem aktorskim wykazał sie tylko jeden uczestnik. Maciek został idolem tłumów a teraz wiemy już nawet, że po prostu genialnie wcielił się w rolę. Nie do końca możemy mieć pewność, czy finaliści sprawdzą się w modzie czy gdzie ich poniesie, możemy być natomiast spokojni o nadchodzącą karierę Maćka w mediach. Najlepiej serialach, bo to stała pensja (“choć podobno i tak kiepska kasa”). Teraz Maciek odgrywa nam już kolejną rolę – kolesia, któremu udało sie przechytrzyć widzów. Jakkolwiek nie kochaliby widzowie jego pizdułowatego, nieco upośledzonego wizerunku z planu PR– “kolesia który ich przechytrzył” mu nie zapomną. Czekamy na wyniki pierwszej rundy.

Sztuczność całego przedsięwzięcia nie bolałaby mnie tak bardzo, gdybym nie przypuszczała, że łzy niektórych uczestników nie były wcale udawane i że program posłużył się nieładnymi metodami wyzysku cudzego wizerunku. Natalia Ślizowska i Piotr Czajczyński to chyba ( mam nadzieję) jedyne postaci programu, które nie dały się namówić na uczestnictwo w przedstawieniu na zasadach produkcyjnych. Uczestniczyli na własnych zasadach, choć widać jak wiele ich to kosztowało: łzy Natalii oglądaliśmy nie raz, nie dwa; Piotr jest po prostu młodzieńcem dobrze ułożonym, więc nie płakał, kiedy notorycznie służył za folklor lokalny o zasięgu ogólnopolskim. Piotr zresztą ( no, chyba że to znowu genialna kreacja aktorska) musi pewnie obrywać co i rusz, w naszym fajnym, współczesnym świecie. Nie przystaje i nawet nie stara się udawać, że potrafiłby.

Nieustannie zastanawia mnie jak to możliwe, że niektóre z kreacji prezentowanych w programie zostały ukończone w ciągu 8 godzin roboczych, kiedy w takzwanym międzyczasie trzeba było jeszcze odgrywać scenki rodzajowe dla mniej inteligentnej i mniej zainteresowanej modą publiczności. Nawet jeżeli przyjmiemy że cała “fabuła” programu była dogrywana już po ukończeniu pracy – wciąż 8 godzin wydaje mi się niewystarczające na ukończenie bardziej pracochłonnych projektow, które powinny być oryginalnymi, stworzonymi na potrzeby zadania pracami, a myślę, że kilka takich pojawiło się w programie.

Przekręty produkcyjne widać w polskiej edycji PR jak na dłoni. Od wielokrotnie przywoływanego na blogu Freestyle Voguing (cykl “Project Runway Bez Majtek”) amatorskiego montażu poszczególnych stylizacji projektów na wybigu (strzelam, że coś takiego miało miejsce: modelka idzie wgłąb wybiegu prezentując pełną długość spodni ale wraca za kulisy z nogawkami podwiniętymi) po naprawdę ekshibicjonistyczne ze strony produkcji przyklepanie kwestii, którą wypowiada Natalia na długo przed ogłoszeniem werdyktu odcinka (w trakcie castingu modelek) w którym wyleciała: “wybieram do ostatniego zadania Weronikę, również”. Cóż za suspens!

Czemu właściwie nie piszę o ciuchach? Bo jak jeden mąż były mało istotne i mało istotne pozostaną w przyszłości. Niektórzy z uczestników programu mają już za sobą całkiem udane pokazy pełnych, niedużych kolekcji (i nie jest to żadne z finalistów) i widać wyraźnie, że ich pomysły znacznie ciekawiej wypadają w świecie pozatelewizyjnym. W konkursach projektowania na czas wygrywają postaci ( i chcę wierzyć, że były to postaci wykreowane na potrzeby telewizji, szczególnie w przypadku kreacji Jakuba w duchu machismo) najbardziej wyrachowane, tym samym psychologicznie najprostsze (a także kreacje aktorskie na temat prostoty).

Jeżeli czegokolwiek życzę sobie od kolejnej edycji Project Runway w takiej formule (wyścigu nie dającego szansy dojścia do głosu jakimkolwiek świeżym pomysłom, bo na ich donoszenie nie ma czasu) to tyle, żeby nie powstawała wcale. Niniejszym czuję się zapoznana z przedstawieniem z gatunku “reality”.

 

 

 

Reklamy

Elegancja Francja czyli zwyczajne Haute Couture (przedruk z bloga marki YES)

Tegoroczna łódzka Noc Muzeów była dla mnie, przybyszki z zewnątrz, miłym zaskoczeniem. Mimo, że (mając kiepskie pojęcie o topografii miasta) zdecydowałam się na hotel w dziwnej lokalizacji (wyglądającej całkiem zachęcająco wyłącznie na mapie) i mimo lekkiej dezorientacji komunikacyjnej, udało mi się zobaczyć dwie ciekawe ekspozycje muzealne, wstępując po drodze i całkiem przypadkiem z wizytą do kilku marszandów antyków, którzy postanowili przyłączyć się do ogólnego poruszenia przyjmując gości w nietypowych dla siebie godzinach, od 18 do 24 w sobotę.

Photo4 copy

Głównym celem mojej wizyty w Łodzi było uczestnictwo w otwarciu ekspozycji pod tytułem “Elegancja – Francja. Z historii Haute Couture” w Centralnym Muzeum Włókiennictwa, które skądinąd okazało się niezwykle ciekawym miejscem samo w sobie, w ramach ekspozycji stałej prezentując pełen ( pełen!) wachlarz maszyn tkackich i dziewiarskich, z których najstarsze modele mają po kilkaset lat. W dzień pospolitego ruszenia jakim jest Noc Muzeów największą popularnością cieszyła się dość przaśna skansenowa część muzeum, nie zabrakło jednak chętnych do zapoznania się z odrobiną historii techniki włókiennictwa i, oczywiście, z elegancją z Francji, czyli osławionym, choć zdaje się często opacznie interpretowanym, Haute Couture.

Jeżeli ktokolwiek spodziewał się bliskiego spotkania trzeciego stopnia z ekstrawaganckimi sukniami czerwonodywanowymi/balowymi/ślubnymi spod ręki najgłośniejszych twórców zrzeszonych we współczesnej Fédération Française de la Couture – musiał się srodze rozczarować (albo nie doczytać “historii” w podtytule wystawy). Prawda jest taka, że jest to ekspozycja niezwykle skromna, skupiona raczej na próbie zdefiniowania czym historycznie było zjawisko Haute Couture, czym różniło się od wcześniejszego krawiectwa miarowego i późniejszego pret-a-porter. Spośród głośnych współcześnie nazwisk dostajemy wprawdzie Emanuela Ungaro, Jeana Paula Gaultier, Azzedine Alaïa czy Johna Galliano, zasadniczo jednak w ich odsłonach pret-a-porter i raczej we fragmentach kreacji, pozbawionych jakichkolwiek elementów stylizacji. Jeżeli chodzi o produkcje Haute Couture, często pochodzą one z kolekcji anonimowych (autor nieznany)  bądź mniej popularnych domów mody używających przydomka Haute Couture, których jak wieść niesie, na przełomie XIX i XX wieku było w samym Paryżu około 1000.

Suknia Loris Azzaro, przełom lat 70 i 80

Jaką więc tezę stawia ekspozycja powstała pod kuratelą Piotra Szaradowskiego? Otóż taką, że jedynie słuszna definicja Haute Couture nie istnieje, bo każda zależna jest od okresu, do jakiego się odnosimy. Do końca pierwszej dekady XX wieku to po prostu autorskie projekty krawców miarowych oferujących sezonowo ograniczoną ilość modeli podlegających kastomizacji. Od lat 20-tych do 60-tych XX wieku to już kolekcje posiadające swój wieszak w renomowanych domach towarowych lub w autorskich butikach projektantów. Począwszy od lat 60-tych, czyli eksplozji rynku pret-a-porter, Haute Couture przechodzi natomiast transformację, ktorej efekty widzimy dziś – staje się niemal niemożliwą do noszenia na codzień formą sztuki użytkowej, zarezerwowaną jedynie dla najbogatszych i najbardziej ekstrawaganckich klientek.  Co łączy Haute Couture tych wszystkich okresów? Przede wszystkim ogromna ilość ręcznych wykończeń (w niektórych przypadkach, jak w domu mody Valentino, podobno do dziś żadna z wysoko wykwalifokowanych krawcowych nie zaprzyjaźniła się z jedyną stojąca w pracowni couture maszyną do szycia), dbałość o szczegół, idealne dopasowanie modelu do sylwetki klientki (stąd wśród eksponatów couture, w przeciwieństwie do modelowych rozmiarów 34 – 38 w przypadku pret-a-porter, taka różnorodność długości i poszczególnych obwodów).

Zestaw stanik i spodnie, Alaia, przełom lat 80 i 90

Ekspozycji “Elegancja-Francja” można wiele zarzucić : nieczytelny system opisów eksponatów, nieciekawą formułę eksponowania “przy ścianie”, która nie pozwala na trójwymiarowy ogląd strojów, widoczny brak środków na podniesienie walorów poznawczych wystawy poprzez “wprowadzenie w epokę” za pomocą czegokolwiek innego niż tylko sam eksponat (albo zwyczajnie zostałam rozpuszczona jak dziadowski bicz przez cudowne wystawy nowojorskiego MET Costume Institute), w końcu kiepskie zakonserwowanie eksponatów (nikt mi nie wmówi, że nie dało się w Łodzi znaleźć kilku osób, które podjęłyby się fachowej konserwacji tych strojów choćby w formie wolontariatu). Niemniej, chciałabym pogratulować stąd po raz kolejny Piotrowi Szaradowskiemu, jednemu z nielicznych zapaleńców tej dziedziny w Polsce tego, że nie poddaje się w misji edukowania narodu w dziedzinie tak ważnej jak jakość w życiu codziennym, bo historyczne Haute Couture to nic innego jak  zwykłe ubrania nadzwyczajnej jakości.

Tekst i zdjęcie wystawy: Joanna Obuchowicz-Beckwith 

Źródło zdjęć eskponatów: Muzealne Mody

Żakiet Rainbow, Thierry Mugler, 1990Body, Jean Paul Gaultier, 1989

Kurza stopa i inne błogosławieństwa.

houndstooth

 

Tradycyjne desenie (szczególną popularnościa cieszą się te wykreowane oryginalnie na terenie Europy i zwyczajowo kojarzone z męską garderobą) w swej klasycznej bądź zmutowanej wersji stanowią ostatnio zdrowy balans dla niezmiernie popularnych od kilku lat hipernowoczesnych, niemal halucynogennych digiprintów (tych, z których słyną choćby tylko Mary Katrantzou czy Peter Pilotto, nie wspominając już o wszędobylskim “kosmosie”, eksploatowanym głównie przez marki specjalizujące się w produkcji niskojakościowych T-shirtów i leggingsów ). Pepitka, tenisowy prążek, jodełka czy szkocka krata to desenie znowu pożądane w modnej szafie i wystroju wnętrz. Warto pamiętać, że ich kod genetyczny zapisany jest w wątku i osnowie prowadzonych ludzką ręką wzdłuż i w poprzek krosna – narzędzia tkackiego.

Wszystkie cztery wzory w formie jaką znamy dziś pochodzą z osiemnasto- i dziewiętnastowiecznej Szkocji (pepitka, tartan), Anglii (prążek tenisowy) i Irlandii (jodełka), choć ta ostatnia w wersji jednokolorowej znana była już w czasach starożytnych. Oryginalnie wzory stanowiły charakterystyczne skośne sploty wełny w dwóch kolorach i używane były w krawiectwie ciężkim, na okrycia wierzchnie, początkowo głównie wśród ludności wiejskiej i pasterzy. Dopiero pod koniec wieku 19 lżejsze wersje tkanin wełnianych znalazły zastosowanie przy odszyciu spodni i marynarek a także na stałę zagościły w garderobach europejskich dżentelmenów. Dzisiejsze wykorzystanie tych zasłużonych dla przemysłu odzieżowego wzorów nie ogranicza się jedynie do wełen. Podobne sploty otrzymuje się z surowego (szorstkiego, luźno tkanego) jedwabiu, bawełny, na lżejszych tkaninach (naturalnych bądź syntetycznych) charakterystyczne wzory uzyskuje się nadrukiem, który jest znacznie tańszy w produkcji.

Projektanci nie ograniczają się jednak do upraszczania. W 2009 roku powszechny zachwyt wzbudzała kolekcja domu mody Alexander McQueen w sporej swej części eksploatująca nadruk pepitki płynnie przechodzącej w sylwety ptasie zapożyczone z twórczości M.C. Eschera. Marka Sportmax z kolei w swojej wiosenno-letniej kolekcji na rok 2013 zapronowała szereg okryć wierzchnich z pepitką w roli braku – sporego rozmiaru psie siekacze wyciąte były tam laserowo w skórze naturalnej.

Tartan, zwany u nas również szkocką kratą, to tradycyjnie wełniana tkanina szkocka o skośnym splocie i charakterystycznej kombinajcji kolorystycznej, której deseń nosi nazwę “sett”. Każdy zestaw kolorystyczny wraz ze specyficznym ułożeniem na krośnie przypisany jest konkretnemu szkockiemu klanowi lub regionowi Szkocji i jest zarejestrowany w Narodowej Ewidencji Szkocji (National Records of Scotland). Każdy z klanów/regionów może posiadać kilka różnych, oficjalnych wzorów tartanu, odpowiednich do okazji takich jak bale i polowania. Najpowszechniej znane, zarejestrowane tartany to Royal Stewart i Black Watch. Wszystkie tartany mają formę kraty, nie każda krata ma jednak prawo do nazwy tartan, używanie jej w publikacjach papierowych w odniesieniu do niezarejestrowanych wariacji tego wzoru grozić może nawet wytoczeniem procesu cywilnego przez NRS.

Pepitka to deseń będący podobno, jak wszystko co dobre, dziełem przypadku, czyli przesunięcia wątku (zwykle przędzy ułożonej horyzontalnie) wobec osnowy (zwyczajowo, na krośnie wertykalnym to włókno ułożone pionowo). Kształt wychodzących z drobnej kratki/kwadratu czterech wyrostków w różnych językach kojarzony jest zupełnie inaczej. Dla Francuzów to pied-de-poule, czyli kurza stopka, dla anglofonów to houndstooth (lub puppytooth, w zależności od rozmiaru w jakim występuje deseń), w nawiązaniu do kształtu psich siekaczy.  Podstawowy deseń często zapraszany jest do gry zespołowej przy tworzeniu bardziej złożonych sekwencji jak Glenn (większa krata tworzona z różnej wielkości podzespołów o deseniu pepitki), i innych regionalnych wariacji na ten temat.  Mimo, że popularnie wierzy się w przypadek leżący u źródeł tego splotu, podobne desenie zaobserwować można już w europejskiej architekturze 12 i 13 wiecznej (kościoły: w Murano nieopodal Wenecji, Katedra Elgin i Stone Church w hrabstwie Kent, w Anglii), powstałej najprawdopodobniej pod wpływem przybyszów z kultury islamskiej. Podobny deseń występuje również na keffiyeh, szalu używanym w kulturze islamskiej przez mężczyzn jako okrycie głowy.

Jodełka (czy, jak wolą anglofoni: herringbone, czyli szkielet śledzia), kratka gingham (u nas określana mianem kratki obrusowej) i prążek tenisowy (pinstripe) nie mają równie spektakularnej historii. Niemniej, znajdują się w kręgu żywego zainteresowania świata mody i użytkowego projektowania. Oryginalnie tkane wzory często prezentowane są w transkrypcjach drukowanych, przeskalowanych, zniekształconych, wciąz stanowiąc jednak przyjemną odskocznię od niskiej jakości tkanin syntetycznych zadrukowanych we.. frytki na przykład.

 

Zrozumieć modę.

Od wielu lat na różne sposoby staram się zrozumieć modę. Historycznie, konstrukcyjnie, materiałoznawczo, literacko, chwytam się każdego możliwego sposobu a chyba wciąż nie udało mi sie dotrzeć do sedna sprawy. Wbrew pozorom moda nie jest łatwym tematem rozważań, szczególnie kiedy jednostka rozważająca ma jakiekolwiek ambicje intelektualne, czyli stara się wyjść poza ramy „podobania się” vs. „niepodobania się”. Czy w ogóle da się wyjść poza te ramy?

Stosunkowo łatwo jest mi się zdystansować do mody w ujęciu historycznym. Jeszcze 90 lat temu kobiety ubierały się w sposób tak niekomfortowy, że łatwo przychodzi mi umieścić całą tę modę w folderze „już się nie powtórzy”, razem z maszynami parowymi,  lampami naftowymi i innymi produktami cywilizacyjnymi, które dawno mają już swoje zastępniki. Choć nawet tu zdarzają się wyjątki: po modę dawną ( czyli tą sprzed czasów I Wojny Swiatowej)  w charakterze inspiracji sięgają notorycznie domy mody takie jak Alexander McQueen czy Thom Brown. Trudniej wyzwolić się z podobactwa/niepodobactwa gdy mówimy o wszystkim, co w dziedzinie ubioru zostało wymyślone od początku lat 20tych XX wieku. Idee podlegają ciągłemu recyklingowi, powracają z coraz większą częstotliwością i czasami wydaje się, że naprawdę nie zostało już nic nowego do wymyślenia. Niemniej, wciąż podejmowane są od nowa próby.

Param się nie tylko pisaniem o modzie ale również jej tworzeniem, dlatego moje obawy przed podejmowaniem decyzji wiążących są podwójne: czy moje własne pomysły okażą się wystarczająco nowatorskie?; czy komentując wytwory innych projektantów nie jestem zbyt ostra, zarzucając im wtórność/nieprzystawanie do współczesnych realiów?; czy moje własne upodobania nie skłaniają mnie do faworyzowania projektów mniej nowatorskich od innych, które (choć nowatorskie) rażą mnie na innych płaszczyznach (techniki kroju, wykonania, doboru materiału)?

Obserwuję komentarze mody w języku polskim i angielskim ( żadnego innego języka nie znam wystarczająco dobrze) i nigdy nie przestaje mnie dziwić rozbieżność ocen, zarówno między mną a innymi obserwatorami jak i między innymi wykwalifikowanymi obserwatorami, wewnątrzbranżowo, że tak powiem. Nie ma wspólnego punktu widzenia (jeżeli taki zdaje się występować, jest on zwykle podyktowany względami ekonomicznymi lub podziałem strefy wpływów, choć nad tym rozwodzić musiałabym się znacznie dłużej). Ktokolwiek komentuje modę z wolnej stopy — robi to po swojemu, podług własnych gustów i na własnym poziomie znajomości rzeczy ( a rzecz jest dosyć skomplikowana, wie to każdy kto próbował cokolwiek używalnego uszyć według własnego pomysłu).

Dlaczego ogrom produktów międzynarodowych ( nie wspominając już o krajowych) wybiegów wydaje mi się nie_do_wytrzymania_nudny? Dlaczego nie potrafię zrozumieć pastwienia się nad uczestikami konkursów projektanckich (?) w reality TV, którzy mają zupełnie nieprawdopodobnie małe ilości czasu na wyprodukowanie czegokolwiek wartościowego i którzy są z regułu krawcami – samoukami? (nie mam pojęcia czy jest to novum zaadaptowane wylącznie w polskiej edycji ProjectRunway, ale w większości innych programów tego typu projektanci mają do dyspozycji krawcowe i konstruktorów). Dlaczego mimo całego zamieszania medialnego Hedi Slimane jest według mnie wciąż nudny i wtórny a warsztat Dries’a van Noten zrozumialam dopiero ostanio i wciąż nie ma dla mnie żadnych konotacji z geniuszem? Czy to wszystko oznacza że nie rozumiem mody czy że rozumiem ją na własny sposób? Przecież znam (i rozumiem) podstawy konstrukcji odzieży, interesuję się sztuką (głównie teczą, rtęcią, kreskami i kropkami, co łatwo wywnioskować z mojej tablicy na Pinterest), mam pojęcie o świecie dość szeroko pojętym (szwędałam się tu i tam). Czy nie mam prawa do postrzegania rzeczy na swój własny sposób?

Choć wiem, że nigdy nie zabiorę się za „analizę” oskarowych (czy jakichkolwiek innych czerwono-dywanowych) kreacji, nigdy nie sprzedam plotki, nie będę miała tysięcy fanów na FB i ubierać będę pewnie raczej ludzi pięknych (duchem) częściej niż sławnych — chcę nie mieć żalu do siebie i innych za te wszystkie rzekome braki. Nie wiem czy to już puenta, ale na razie zostawię ten temat właśnie w tym miejscu. to be continued..

e-Bey, muzyka z zaskoczenia.

Z wielu powodów „uwolnienie” długo wyczekiwanego (choć nigdy nie zapowiedzianego oficjalnie) albumu Beyoncé 13-go grudnia 2013 było wyjątkowe. W sieci, w ciągu zaledwie jednej doby ukazały się dziesiątki omówień płyty, od tych skupiających się głównie na wyjątkowej urodzie pupy piosenkarki, po całkiem sporą ilość dogłębnych analiz każdego z utworów. Portale „lajfstajlowe” prześcigają się w zamieszczaniu rankingów piosenek/video, bo album „Beyoncé” wydany został na świat w towarzystwie aż 17 nowych, nigdy wcześniej nie publikowanych klipów video. Tak, 17 nowych utworów i ponad godzina obrazków wrzucona do sieci jakby za naciśnięciem guzika zainstalowanego gdzieś w ramie małżeńskiego łoża supergwiazdorskiej pary, guzika, do którego nikt poza nimi samymi nie ma dostępu. Niby wydawcą jest Columbia, zawartość sprawia jednak wrażenie wyprodukowanej na przekór wydawcy, w tajemnicy przed wszystkimi wydawcami świata (ostatni produkt Bey, kontrowersyjny singiel Bow Down Bitches nigdy nie został zaakceptowany przez oficjalnego wydawcę i nie doczekał się wejścia do sprzedaży). Paradoksalnie, brak zapowiedzi, promocji i obecności medialnej związanej z wydaniem „Beyoncé” zdziałały cuda: magazyn Billboard podaje, że w ciągu pierwszych trzech godzin dostępności płyty w sklepie ITunes sprzedało się 80.000 kopii, do dziś zaś ponad 3 miliony. Mimo ogromnego zainteresowania wydawnictwem YouTube wciąż oferuje ( w przypadku większości klipów) jedynie 30-sekundowe podglądy poszczególnych filmów. Jak udało się utrzymać w tajemnicy powstawanie tej superprodukcji, której lista płac jest długa i gwiaździsta (Pierre Debusschere, Frank Ocean, Drake, Hype Williams, Terry Richardson, Harvey Keitel między innymi) i  w jaki sposób zapanowano nad wyciekiem pełnych (bezpłatnych) wersji video do sieci — pozostaje na razie zagadką. Nowatorskie podejście marketingowe to jednak tylko jeden z powodów dla których ta płyta jest wyjątkowa.

Beyonce w mgnieniu oka zyskała sobie również pozycję wojowniczki feminizmu. Właściwie wystarczyło kilka problemów małżeńskich do których idealnie pasowało przemówienie nigeryjskiej pisarki Chimamany Ngozi Adichie. Biorąc pod uwagę, że poza utworem „Flawless” na płycie znajduje się wiele innych („Jealous”,  „Partition”, „Haunted”, „Yonce”, „Rocket”), błagających wręcz o uwagę mężczyzny (jednego, zawsze tego samego, co może działać właściwie na niekorzyść standardowo pojmowanego przesłania feministycznego) — to trudna do przełknięcia historia. Niemniej, Beyonce jest szczera. Z jednej strony metodą na album jest odzyskanie męża (albo : album jest metodą na odzyskanie męża, MINE jest tego najlepszym potwierdzeniem , a album powstawał głównie w okresie separacji), z drugiej — odcięcie od tradycyjnych metod dystrybucji. Przyglądając się treściom albumu (od skandalizująco wręcz erotycznych po skrajnie osobiste, pamiętnikarskie) można pomyśleć, że Beyonce nie miała żadnego innego wyboru, jeżeli właśnie przy okazji tego albumu chciała przeistoczyć się z „wyprodukowanej przemysłowo” gwiazdki w artystkę mówiącą własnym głosem.

Recenzje płyty w wielu przypadkach zarzucają jej brak utworów singlowych, nadających się do obsesyjnej promocji radiowej. Sugerują, że płyta w takiej postaci nie zostałaby zaakceptowana przez duże wydawnictwa, szukające gwarantu zwrotu finansowego właśnie w ilości odtworzeń w mediach i chyba na tym polega jej siła. Intymność (lub choćby jej wrażenie) sprawia, że czujemy się adresatami produkcji. To, co najbardziej różni płytę Beyonce od innych wydawnictw popowych ostatniego czasu to odwaga mówienia o tym, że nie jest aż tak świetnie jak wmawia się nam ( choć szczególnie amerykanom), że jest. Odwagi mówienia o tym, że w małżeństwie gwiazd (wychowujących wspólne dziecko) nie dzieje się najlepiej nie da się przecenić. Szczególnie, że nie ma tu mowy o wyciąganiu atrakcyjnych medialnie brudów. O ile więc feminizm Bey wydaje mi się bardziej zwierzęcy niż intelektualny, o tyle cenię sobie jej hojność w dzieleniu sie uczuciami ( MINE i Jealous to absolutne majstersztyki w tej dziedzinie), na jaką nie było dotąd stać wielu artystów z tej półki ( czytaj : produktów wytwórni płytowych).

Oczywiście, niektóre z kostiumów Bey zasługują na szczególną uwagę. Nie byłam w stanie zdobyć niepodważalnych informacji (różne źródła mówią różne rzeczy) na temat kostiumów do filmów niegdyś zwanych teledyskami. Wiele sprawia wrażenie wyprodukowanych przez dom mody Givenchy one_of_the_kind_pieces (szczególnie suknia z początku „Jealous”, kostium do „Superpower”, albo ten z momentu „rozejścia” w „MINE”), są też Burberry’s (winylowy płaszcz w „Jealous”), wyglądający bardzo vintage YSL garnitur w „Haunted” albo rzeczy które jakby wyszły z pracowni Garetha Pugh („Ghost”), a może są tylko skrawkami materiału, dobrze wykorzystanymi w trakcie kręcenia klipu. Jeżeli wiecie więcej ode mnie — chętnie się dowiem.

Niemniej — polecam. Mimo, że od czasu rozpoczęcia tego tekstu minęło dużo czasu ( zaczęłam go pisać w dzień po „uwolnieniu” płyty) i mój żywy, jazgotliwy entuzjazm nieco ucichł. Nie publikowałam tego tekstu tak długo, dlatego, że wydawało mi się, że wciąż brakuje w nim głębszej analizy tematu jakim jest Beyonce (z czy bez Jay-Z) i jej nowa odsłona. Potem wydawało mi się , że temat jest już przebrzmiały. Ostatecznie zdecydowałam, że podzielę sie tym co mam a analizy każdy dokonać będzie musiał we własnym zakresie.

Na wypadek gdyby interesowało Was to co mnie szczególnie poruszyło w tej płycie:

 

http://vimeo.com/83999015

 

Spośród niepublikowanych jeszcze w sieci warte polecenia są: „Jelous”, „Superpower”, a na koniec „Grown Woman” — delicious 🙂

More is more and less is shit, czyli historia mojego stażu w studio Dawida Tomaszewskiego.

(poniższy tekst został zedytowany na żądanie Studia Dawida Tomaszewskiego, od oryginalnego różni go brak danych liczbowych dotyczących zatrudnienia)

Kiedy na początku listopada po raz pierwszy odwiedziłam studio Dawida Tomaszewskiego na berlinskim Charlottenburgu, przez próg przestąpiłam prosto do pomieszczenia wypełnionego suszącymi się liśćmi, w ilościach gdzieniegdzie sięgających kolan. Przy stole przeznaczonym do krojenia tkanin poczęstowano mnie lampką Prosecco (akurat odchodziła ze studia jedna ze stażystek) i odprowadzono do biura, gdzie miałam odbyć swoją rozmowę kwalifikacyjną. Poszło gładko, mimo, że nie dysponuję portfolio z prawdziwego zdarzenia. Na własnym komputerze pootwierałam wszystkie linki i dokumenty potwierdzające moje dotychczasowe doświadczenia edukacyjne i zawodowe, pogadaliśmy (najpierw po angielsku, w towarzystwie szefowej biura, potem już po polsku, wyłącznie z Dawidem) o mojej niemożności usiedzenia w jednym miejscu, moich planach zawodowych, moich oczekiwaniach, wszystkich możliwych sposobach na jakie mogłabym być użyteczna w pracowni. Obejrzałam sobie sprzęt na jakim miałabym pracować, podotykałam czego trzeba i ogłosiłam swoją gotowość do pracy. Potem nastąpiła kilkutygodniowa cisza.

Ciszę przerwałam ja, dopytując, czy oferta stażu ( w moim mniemaniu:  1-3 miesięcznej próby sił prowadzącej do zatrudnienia, ponieważ taka wizja przedstawiona przeze mnie w trakcie rozmowy kwalifikacyjnej nie została zdementowana) jest wciąż aktualna. W odpowiedzi otrzymałam informację, że studio nie oferuje w tej chwili żadnej płatnej pozycji, natomiast pomoc będzie potrzebna w okresie od 15 grudnia do 15 stycznia, czyli tuż przed pokazem na Mercedes Benz Fashion Week w Berlinie. Skalkulowałam potencjalne zyski i straty, zorientowałam się w sprawie bezpłatnego pomieszkiwania w Berlinie u znajomych (pobieżnie się zorientowałam, wybacz Kalko, jesteś fundatorem najlepszych wakacji mojego życia ;). 15-go grudnia o godzinie 9.45 stałam już w drzwiach studia, z zakupioną w biegu kawą i kanapką na wynos. Tego dnia, w ciągu zaledwie 10 godzin pracy, zweryfikowałam wiele swoich błędnych teorii  na temat tego, jak będzie wyglądał mój miesięczny pobyt w Berlinie.

Po pierwsze, z góry założono, że jestem w stanie sprostać każdemu powierzonemu mi zadaniu, z przerażeniem obserwowałam więc piętrzący się przede mną stos obowiązków, które ( w większości przypadków) wykonywałam po raz pierwszy w życiu.

Po drugie, co akurat było chyba do przewidzenia, byłam najstarszą osobą w całej załodze studia i jednocześnie najmniej doświadczoną zawodowo. Moi współpracownicy  byli ode mnie średnio 10 lat młodsi i właśnie odbywali półroczne staże, jakich wymaga od niemieckich absolwentów studiów licencjackich w dziedzinie projektowania odzieży tamtejszy system edukacyjny. Część z nich przed rozpoczęciem studiów ukończyła także 3-letnie krawieckie szkoły zawodowe. O ile w mojej szkole (FIT NY) nacisk kładziono na drapowanie — moi nowi współpracownicy byli znacznie bardziej biegli w technikach szycia i konstrukcji ubioru. Na szczęście byli też bardzo chętni do pomocy, to od nich nauczyłam się najwięcej podczas tego miesięcznego stażu. Gdyby nie Luiza, Jana, Danny i Josie, wracałabym pewnie do domu z podkulonym ogonem już po pierwszym tygodniu, mając za sobą jakąś spektakularną porażkę, której wstydziłabym się do końca życia.

Po trzecie,  szybko wywietrzały mi z głowy najwątlejsze nawet nadzieje na to, że bezpłatny staż w jakikolwiek sposób prowadzi do późniejszego zatrudnienia.  Ponieważ nie brakuje chętnych, świetnie wykształconych ludzi na darmowe staże (zakontraktowane na pół roku!) pracownie podobnej wielkości opłacają jedynie konstruktorów (w gorącym, przedpokazowym okresie) i krawców (tuż przed pokazem i w okresie produkcyjnym).

Czym więc zajmują się zastępy stażystów będących na względnie stałym wyposażeniu pracowni projektowej? Absolutnie wszystkim. Począwszy od krojenia tkanin, poprzez odszycie pierwowzorów i tak zwanych „show pieces” (to te elementy sylwetek pokazowych, które z założenia nie są przeznaczone do produkcji, głównie ze względu na bardzo wysoki koszt ludzkiej pracy, np. przy ręcznym wyszywaniu kryształków, koralików czy pajetek a nawet tworzeniu tkanin poprzez naszywanie tysięcy maleńkich paseczków wełnianej tkaniny na warstwy tiulu) aż po dokonywanie poprawek w szablonach/wykrojach. Stażyści zajmują się przymiarkami, poprawkami, pracują za kulisami pokazu pomagając przy stylizacji sylwetek wybiegowych. Przyszywają guziki i haftki, obszywają dziurki do guzików. Okazjonalnie bywają modelami dla pierwowzorów lub posłańcami/łącznikami studia z krawcowymi. Wszystkie te zadania muszą wykonywać szybko i  nienagannie, bo na ich miejsce czekają już inni (studio Dawida Tomaszewskiego widywało już niejednego stażystę poddającego się po pierwszym dniu pracy).

Stażyści popełniają też błędy. Głównie z przemęczenia, bo ostatnie tygodnie przed pokazem to 16-godzinne dni pracy, 7 dni w tygodniu (dwa razy zdarzyło nam się pracować po 18 godzin). Najciekawszą zakulisową historią jaką mam do przytoczenia było uszycie przez jedną ze stażystek (skądinąd doświadczoną i sprawną krawcową) płaszcza … tyłem do przodu. Kilka dni zajęło nam wszystkim zorientowanie się co w nim „nie gra”. Ja sama w przeddzień pokazu zostałam wyznaczona do odszycia pierwszych w mojej krawieckiej karierze spodni garniturowych z gurtem (to taka dość archaiczna, bo kosztowna i pracochłonna, wersja wewnętrznego wykończenia pasa spodni dodatkową, usztywnianą taśmą).  Im mniej zostawało mi czasu, tym bardziej przerażający wydawał mi się ten eksperyment. Coś co mogłoby być wartościowym doświadczeniem jeszcze kilka dni wcześniej, z godziny na godzinę zamieniało się w coraz większy koszmar (tymbardziej, że wszyscy inni byli równie spanikowani jak ja i nie było za bardzo nikogo, kto mógłby mi pomóc, wyjaśnić proces odszycia), pozwólcie więc, że podsumuję to w ten sposób : na trzy godziny przed pokazem wszyty przeze mnie pas musiał być wypruwany i składany od nowa, przez kogoś komu troche mniej trzęsły się ręce. Ja zdolna byłam przez dłuższą chwilę wyłącznie do palenia papierosa za papierosem. Tego dnia polały się moje pierwsze i jedyne stażowe łzy z gatunku tych, których sobie nie życzę. Poza nimi wylałam też wiele łez wynikających z histerycznego śmiechu, który ogarniał nas wszystkich niemal każdego dnia około 12-tej godziny pracy. Miałam szczęście pracować w zgranym zespole, gdzie konkurencja była zdrowa, wsparcie ogólnodostępne, w którym bez marudzenia wyręczaliśmy się nawzajem w zadaniach, które potrafią jednostkę doprowadzić do obłędu, kiedy zostaje z nimi sama na dłuuugie godziny, dni (patrz: koraliki, pajetki, paseczki i inne). Trochę żałuję, że nie miałam więcej czasu na szczegółowe podpatrywanie warsztatu Anetki aka Krawcowej Z Okolic Sanoka, której sprawność wszystkich nas wprawiała w osłupienie, a która przyjechała jedynie na 10 ostatnich dni tego maratonu, kiedy wszystkim nam robota dosłownie paliła się w rękach. Anetka współpracuje z Dawidem już od czterech sezonów, za każdym razem odszywając znakomitą większość wybiegowych sylwetek w tempie tak ekspresowym, że postronnemu obserwatorowi tkaniny tylko migają przed oczami.

Podsumowując, staż w studio Dawida (i innych, niewielkich pracowniach o ugruntowanej pozycji) polecam wszystkim tym, których na to stać, którzy nie wiążą ze stażem nadziei na zatrudnienie, są odporni na stres, cierpliwi (pajetki, kryształki, pamiętajcie..), uwielbiają obcować z najwyższej jakości surowcami, mają choćby solidne podstawy rzemiosła krawieckiego, najlepiej w małym palcu lewej ręki. Komu zdecydowanie odradzam podejmowania sie podobnego stażu? Oczywiście wszystkim, dla których „faszyn to paszyn”, którzy oczekują wdzięczności za swą ciężką pracę, którzy z igłą i nitką ostatni raz zetknęli się w wierszu Jana Brzechwy.

Pod spodem kilka marnych zdjęć mojego autorstwa wykonanych telefonem oraz wideo z pokazu, który odbył się 15-go stycznia w ramach Mercedes Benz Fashion Week w Berlinie. Niestety, bez oryginalnej ścieżki dźwiękowej, a szkoda.

IMG_0825

pół kilo Svarovskiego + ćwierć Jablonexu = 3 szesnastogodzinne dni pracy

IMG_0792
Pierwsze próby stylizacji.
IMG_0814
Coby dziewczyny trafiły.
IMG_0841
Jesteśmy już spakowani.
IMG_0869-001
Backstage czyli zaplecze pokazu.
IMG_0871-001
Przed wejściem na próbę, makijaż i fryzury juz gotowe.
IMG_0873-001
Przed wejściem na próbę, makijaż i fryzury juz gotowe.
IMG_0879
„Pozerki” jeszcze w cywilu.
IMG_0877-001
Tuż po próbie pokazu.
IMG_0883
Dawid pod obstrzałem.
IMG_0886
Paulina, za chwilę otworzy pokaz.
IMG_0903
Smutny koniec kariery jesiennych, ognioodpornych liści.

Luksus nieposiadania.

IMG_0254 1Był taki tekst na blogu Tattwy, którą cenię za spostrzegawczość: Kibel w kolorze Tiffany Blue. To był artykuł emocjonalny, oburzony wszechobecnym konsumpcjonizmem, durnowatą pogonią za wszystkimi masthewami, o których niezbędności przekonują nas działy marketingowe firm wszelkiego autoramentu. Artykuł napisany był z pozycji braku posiadania i wewnętrznej gratyfikacji związanej z tym brakiem. Z jakiegoś powodu pisany był także z punktu widzenia „nas”. To „my” durnowato gonimy i jeszcze durniej konsumujemy, nie wspominając już o tym, że wszystko to robimy tylko po to, żeby udowodnić sobie i innym, że jesteśmy od nich lepsi. Trochę się wtedy zdziwiłam, bo niby co ja mam z tym wszystkim wspólnego (bo że autorka bloga ma niewiele wynikało z samego tekstu)? Napisałam wówczas do tekstu komentarz, którego wnioski końcowe nawet mnie odrobinę zaskoczyły.

Oto on :

„Trochę zaczynam nie rozumieć tej całej padaki na temat „naszego” zdegenerowania. Zupełnie nie identyfikuję się z typem ludzkim, który opisujesz jako „nas”, mimo że jestem zapaloną wielbicielką luksusu. Kupuję najnowszej generacji technologie wtedy, kiedy stare przestają się sprawdzać (np. w starym telefonie przestaje mi działać nawigacja, stary komputer nie potrafi podłączyć się już do sieci bo obecne systemy operacyjne są bardzo inne od tych, w których działały moje najnowsze wiele lat temu technologie). Tak, lubię jedwab, kaszmir, delikatne skóry zwierzęce a nawet futra, bo one służą mi znacznie dłużej i lepiej niż taniocha, którą można kupować na pęczki. Szczerze mówiąc — wolę nie mieć niż mieć coś, co z założenia jest taniochą i tandetą. Lubię ładnie mieszkać, pragnę ogromnych metraży i wysokich sufitów, nawet jeżeli wiem, że ogrzanie/ochłodzenie ich (w zależności od częsci świata w której właśnie mieszkam) będzie mnie kosztować małą fortunę. Po co mi to wszystko? A po to, żeby czuć, że mam się czym dzielić. Dzielę sie chętnie. Wprawdzie nie wysyłam pieniędzy na budowę studni w Sudanie (bo po prostu zdaję sobie sprawę z tego jak niewielki procent mojej „składki” na ten cel rzeczywiście zostanie skonsumowany przez Sudańczyków a ile „rozejdzie się” po drodze, trafiając często do ludzi, którym powodzi się znacznie lepiej niż mi). Chętnie podzielę się natomiast kolacją z lokalnymi bezdomnymi ( za co często nielubiana byłam przez właścicieli mieszkań/domów, które wynajmowałam, bo to podobno nie wypada, podobno obniża wartość posesji). Kiedy zaczynam czuć, że mam czegoś za dużo, że czegoś już nie potrzebuję — nie kombinuję jakby to opylić jak najdrożej na przysłowiowym allegro, pokazuję przedmiot ludziom których znam tak długo, aż znajdę kogoś, kogo przedmiot zachwyci i oddaję w dobre ręce. Ponadto, jeżeli poszukiwanie idealnego miejsca na ziemi, poszukiwanie nowych, rzadkich smaków i wrażeń innego rodzaju to zbrodnia — jestem zbrodniarką i chce nią pozostać. Wybierając luksus nieposiadania (bo przecież mówisz, że nieposiadanie uczyniło cię lepszą, szczęśliwszą osobą, jest to wobec tego jakiś luksus) wybierasz również niezdolność do dzielenia się z innymi. Nie można przecież oddać tego, czego się nie ma. I tak : wszyscy chcemy luksusu, dla każdego z nas po prostu czym innym jest luksus.”

Wczoraj trafiłam na zgrabny artykuł Styledigger ( którą cenię z kolei za wierność własnym odkryciom i wkład w szerzenie ideologii świadomej konsumpcji bez jednoczesnego poddawania ocenie dotychczasowych zwyczajów adeptów tej sztuki) w którym znajdziecie szereg bardzo użytecznych porad na temat tego jak unikać fałszywego luksusu. Dla siebie natomiast, dość przewrotnie pewnie, znalazłam (częściowo również w komentarzach) potwierdzenie mojej teorii, że luksusowe stało się ostatnio właśnie nieposiadanie (lub posiadanie-jak-najmniej). Sama luksusowo nie posiadam sobie na przykład prawa jazdy, choć jest to dla moich najbliższych często niewygodą. Albo kredyty — nie mam, bo znacznie większym luksusem od czegokolwiek, co mogłabym sobie za pożyczone pieniądze kupić jest świadomość że nikomu nic nie jestem winna, że wszystko co posiadam jest naprawdę moje tu i teraz, że mogę z tym wszystkim zrobić co mi się żywnie podoba.

Kupowanie sobie statusu społecznego za pomocą obwieszania się logotypami znanych marek dość dawno przestało być już w krajach rozwiniętych modne (choć marki odzieżowe nie ustają w próbach przekonania nas, że jest inaczej), popularnością cieszy się trend minimalistyczny, który w swej najbardziej radykalnej formie sprowadza się do posiadania (literalnie) wyłącznie 100 przedmiotów i ani jednego więcej. Pojęcie luksusu ewoluuje więc na naszych oczach. Luksus to już nie zbytek i nadmiar a raczej to, co najtrudniej osiągalne, najtrudniej osiągalna natomiast w dziesiejszych czasach wydaje się niezależność od przedmiotów, w szczególności zaś od ich nadmiaru.

W przełożeniu na język mody luksusowe pozostają więc wciąż surowce, te najtrudniej osiągalne, przetwarzane podług najnowszych technologii, zwykle naturalne (bo tylko one są wyczerpywalne), charakteryzujące się trwałością i nieprzeciętną urodą. Eksperckie, rzetelne wykonanie to również luksus, ponieważ umiejętności rzemieślnicze są w dzisiejszym świecie na wymarciu. Nie oszukujmy się jednak, że wszystko co „ręcznie wykonane” to produkt luksusowy, bo za robótki ręczne zabierają się również całe rzesze dyletantów. Unikalność projektu i jego wielofunkcyjność (czyli — talent projektanta) to właściwie ostatni niezbędny składnik, który w rezultacie umożliwi nam życie w luksusie posiadania wyłącznie niezbędnego minimum. Kwestie poboczne, jak wymienione przez Joannę warunki dokonywania zakupu i odpowiedzialna produkcja to rzeczy naturalnie współwystepujące z wysokiej jakości surowcem i rzemiosłem. Wyjątkowo cennych surowców nie oddaje się w ręce niewykwalifikowanej siły produkcyjnej a marki, które chlubią się najwyższą jakością wykonania przedmiotów ze swej oferty szanują również klienta, który potrafi to docenić.

Luksusem jest chyba właśnie możliwość reperacji tego, co już istnieje i jest piękne, choć wymiana na nowe (brzydsze) wydaje się tańsza. Możliwość przywiązania się do przedmiotów, które nie zaniemogą zanim jeszcze zdążymy z nimi nawiązać relację uczuciową. Możliwość odmówienia uczestnictwa w kulturze konsumpcyjnej dzięki rozsądnie czynionym inwestycjom. Chcesz sprawdzić w jakim stopniu twój majątek jest luksusowy? Zadaj sobie pytanie : które z przedmiotów znajdujących się w moim posiadaniu będę mógł/mogła przekazać kolejnemu pokoleniu użytkowników a oni chętnie je przyjmą?