e-Bey, muzyka z zaskoczenia.

Z wielu powodów „uwolnienie” długo wyczekiwanego (choć nigdy nie zapowiedzianego oficjalnie) albumu Beyoncé 13-go grudnia 2013 było wyjątkowe. W sieci, w ciągu zaledwie jednej doby ukazały się dziesiątki omówień płyty, od tych skupiających się głównie na wyjątkowej urodzie pupy piosenkarki, po całkiem sporą ilość dogłębnych analiz każdego z utworów. Portale „lajfstajlowe” prześcigają się w zamieszczaniu rankingów piosenek/video, bo album „Beyoncé” wydany został na świat w towarzystwie aż 17 nowych, nigdy wcześniej nie publikowanych klipów video. Tak, 17 nowych utworów i ponad godzina obrazków wrzucona do sieci jakby za naciśnięciem guzika zainstalowanego gdzieś w ramie małżeńskiego łoża supergwiazdorskiej pary, guzika, do którego nikt poza nimi samymi nie ma dostępu. Niby wydawcą jest Columbia, zawartość sprawia jednak wrażenie wyprodukowanej na przekór wydawcy, w tajemnicy przed wszystkimi wydawcami świata (ostatni produkt Bey, kontrowersyjny singiel Bow Down Bitches nigdy nie został zaakceptowany przez oficjalnego wydawcę i nie doczekał się wejścia do sprzedaży). Paradoksalnie, brak zapowiedzi, promocji i obecności medialnej związanej z wydaniem „Beyoncé” zdziałały cuda: magazyn Billboard podaje, że w ciągu pierwszych trzech godzin dostępności płyty w sklepie ITunes sprzedało się 80.000 kopii, do dziś zaś ponad 3 miliony. Mimo ogromnego zainteresowania wydawnictwem YouTube wciąż oferuje ( w przypadku większości klipów) jedynie 30-sekundowe podglądy poszczególnych filmów. Jak udało się utrzymać w tajemnicy powstawanie tej superprodukcji, której lista płac jest długa i gwiaździsta (Pierre Debusschere, Frank Ocean, Drake, Hype Williams, Terry Richardson, Harvey Keitel między innymi) i  w jaki sposób zapanowano nad wyciekiem pełnych (bezpłatnych) wersji video do sieci — pozostaje na razie zagadką. Nowatorskie podejście marketingowe to jednak tylko jeden z powodów dla których ta płyta jest wyjątkowa.

Beyonce w mgnieniu oka zyskała sobie również pozycję wojowniczki feminizmu. Właściwie wystarczyło kilka problemów małżeńskich do których idealnie pasowało przemówienie nigeryjskiej pisarki Chimamany Ngozi Adichie. Biorąc pod uwagę, że poza utworem „Flawless” na płycie znajduje się wiele innych („Jealous”,  „Partition”, „Haunted”, „Yonce”, „Rocket”), błagających wręcz o uwagę mężczyzny (jednego, zawsze tego samego, co może działać właściwie na niekorzyść standardowo pojmowanego przesłania feministycznego) — to trudna do przełknięcia historia. Niemniej, Beyonce jest szczera. Z jednej strony metodą na album jest odzyskanie męża (albo : album jest metodą na odzyskanie męża, MINE jest tego najlepszym potwierdzeniem , a album powstawał głównie w okresie separacji), z drugiej — odcięcie od tradycyjnych metod dystrybucji. Przyglądając się treściom albumu (od skandalizująco wręcz erotycznych po skrajnie osobiste, pamiętnikarskie) można pomyśleć, że Beyonce nie miała żadnego innego wyboru, jeżeli właśnie przy okazji tego albumu chciała przeistoczyć się z „wyprodukowanej przemysłowo” gwiazdki w artystkę mówiącą własnym głosem.

Recenzje płyty w wielu przypadkach zarzucają jej brak utworów singlowych, nadających się do obsesyjnej promocji radiowej. Sugerują, że płyta w takiej postaci nie zostałaby zaakceptowana przez duże wydawnictwa, szukające gwarantu zwrotu finansowego właśnie w ilości odtworzeń w mediach i chyba na tym polega jej siła. Intymność (lub choćby jej wrażenie) sprawia, że czujemy się adresatami produkcji. To, co najbardziej różni płytę Beyonce od innych wydawnictw popowych ostatniego czasu to odwaga mówienia o tym, że nie jest aż tak świetnie jak wmawia się nam ( choć szczególnie amerykanom), że jest. Odwagi mówienia o tym, że w małżeństwie gwiazd (wychowujących wspólne dziecko) nie dzieje się najlepiej nie da się przecenić. Szczególnie, że nie ma tu mowy o wyciąganiu atrakcyjnych medialnie brudów. O ile więc feminizm Bey wydaje mi się bardziej zwierzęcy niż intelektualny, o tyle cenię sobie jej hojność w dzieleniu sie uczuciami ( MINE i Jealous to absolutne majstersztyki w tej dziedzinie), na jaką nie było dotąd stać wielu artystów z tej półki ( czytaj : produktów wytwórni płytowych).

Oczywiście, niektóre z kostiumów Bey zasługują na szczególną uwagę. Nie byłam w stanie zdobyć niepodważalnych informacji (różne źródła mówią różne rzeczy) na temat kostiumów do filmów niegdyś zwanych teledyskami. Wiele sprawia wrażenie wyprodukowanych przez dom mody Givenchy one_of_the_kind_pieces (szczególnie suknia z początku „Jealous”, kostium do „Superpower”, albo ten z momentu „rozejścia” w „MINE”), są też Burberry’s (winylowy płaszcz w „Jealous”), wyglądający bardzo vintage YSL garnitur w „Haunted” albo rzeczy które jakby wyszły z pracowni Garetha Pugh („Ghost”), a może są tylko skrawkami materiału, dobrze wykorzystanymi w trakcie kręcenia klipu. Jeżeli wiecie więcej ode mnie — chętnie się dowiem.

Niemniej — polecam. Mimo, że od czasu rozpoczęcia tego tekstu minęło dużo czasu ( zaczęłam go pisać w dzień po „uwolnieniu” płyty) i mój żywy, jazgotliwy entuzjazm nieco ucichł. Nie publikowałam tego tekstu tak długo, dlatego, że wydawało mi się, że wciąż brakuje w nim głębszej analizy tematu jakim jest Beyonce (z czy bez Jay-Z) i jej nowa odsłona. Potem wydawało mi się , że temat jest już przebrzmiały. Ostatecznie zdecydowałam, że podzielę sie tym co mam a analizy każdy dokonać będzie musiał we własnym zakresie.

Na wypadek gdyby interesowało Was to co mnie szczególnie poruszyło w tej płycie:

 

http://vimeo.com/83999015

 

Spośród niepublikowanych jeszcze w sieci warte polecenia są: „Jelous”, „Superpower”, a na koniec „Grown Woman” — delicious 🙂

Reklamy

powiedz nam co ci się pomyślało:

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s