Luksus nieposiadania.

IMG_0254 1Był taki tekst na blogu Tattwy, którą cenię za spostrzegawczość: Kibel w kolorze Tiffany Blue. To był artykuł emocjonalny, oburzony wszechobecnym konsumpcjonizmem, durnowatą pogonią za wszystkimi masthewami, o których niezbędności przekonują nas działy marketingowe firm wszelkiego autoramentu. Artykuł napisany był z pozycji braku posiadania i wewnętrznej gratyfikacji związanej z tym brakiem. Z jakiegoś powodu pisany był także z punktu widzenia „nas”. To „my” durnowato gonimy i jeszcze durniej konsumujemy, nie wspominając już o tym, że wszystko to robimy tylko po to, żeby udowodnić sobie i innym, że jesteśmy od nich lepsi. Trochę się wtedy zdziwiłam, bo niby co ja mam z tym wszystkim wspólnego (bo że autorka bloga ma niewiele wynikało z samego tekstu)? Napisałam wówczas do tekstu komentarz, którego wnioski końcowe nawet mnie odrobinę zaskoczyły.

Oto on :

„Trochę zaczynam nie rozumieć tej całej padaki na temat „naszego” zdegenerowania. Zupełnie nie identyfikuję się z typem ludzkim, który opisujesz jako „nas”, mimo że jestem zapaloną wielbicielką luksusu. Kupuję najnowszej generacji technologie wtedy, kiedy stare przestają się sprawdzać (np. w starym telefonie przestaje mi działać nawigacja, stary komputer nie potrafi podłączyć się już do sieci bo obecne systemy operacyjne są bardzo inne od tych, w których działały moje najnowsze wiele lat temu technologie). Tak, lubię jedwab, kaszmir, delikatne skóry zwierzęce a nawet futra, bo one służą mi znacznie dłużej i lepiej niż taniocha, którą można kupować na pęczki. Szczerze mówiąc — wolę nie mieć niż mieć coś, co z założenia jest taniochą i tandetą. Lubię ładnie mieszkać, pragnę ogromnych metraży i wysokich sufitów, nawet jeżeli wiem, że ogrzanie/ochłodzenie ich (w zależności od częsci świata w której właśnie mieszkam) będzie mnie kosztować małą fortunę. Po co mi to wszystko? A po to, żeby czuć, że mam się czym dzielić. Dzielę sie chętnie. Wprawdzie nie wysyłam pieniędzy na budowę studni w Sudanie (bo po prostu zdaję sobie sprawę z tego jak niewielki procent mojej „składki” na ten cel rzeczywiście zostanie skonsumowany przez Sudańczyków a ile „rozejdzie się” po drodze, trafiając często do ludzi, którym powodzi się znacznie lepiej niż mi). Chętnie podzielę się natomiast kolacją z lokalnymi bezdomnymi ( za co często nielubiana byłam przez właścicieli mieszkań/domów, które wynajmowałam, bo to podobno nie wypada, podobno obniża wartość posesji). Kiedy zaczynam czuć, że mam czegoś za dużo, że czegoś już nie potrzebuję — nie kombinuję jakby to opylić jak najdrożej na przysłowiowym allegro, pokazuję przedmiot ludziom których znam tak długo, aż znajdę kogoś, kogo przedmiot zachwyci i oddaję w dobre ręce. Ponadto, jeżeli poszukiwanie idealnego miejsca na ziemi, poszukiwanie nowych, rzadkich smaków i wrażeń innego rodzaju to zbrodnia — jestem zbrodniarką i chce nią pozostać. Wybierając luksus nieposiadania (bo przecież mówisz, że nieposiadanie uczyniło cię lepszą, szczęśliwszą osobą, jest to wobec tego jakiś luksus) wybierasz również niezdolność do dzielenia się z innymi. Nie można przecież oddać tego, czego się nie ma. I tak : wszyscy chcemy luksusu, dla każdego z nas po prostu czym innym jest luksus.”

Wczoraj trafiłam na zgrabny artykuł Styledigger ( którą cenię z kolei za wierność własnym odkryciom i wkład w szerzenie ideologii świadomej konsumpcji bez jednoczesnego poddawania ocenie dotychczasowych zwyczajów adeptów tej sztuki) w którym znajdziecie szereg bardzo użytecznych porad na temat tego jak unikać fałszywego luksusu. Dla siebie natomiast, dość przewrotnie pewnie, znalazłam (częściowo również w komentarzach) potwierdzenie mojej teorii, że luksusowe stało się ostatnio właśnie nieposiadanie (lub posiadanie-jak-najmniej). Sama luksusowo nie posiadam sobie na przykład prawa jazdy, choć jest to dla moich najbliższych często niewygodą. Albo kredyty — nie mam, bo znacznie większym luksusem od czegokolwiek, co mogłabym sobie za pożyczone pieniądze kupić jest świadomość że nikomu nic nie jestem winna, że wszystko co posiadam jest naprawdę moje tu i teraz, że mogę z tym wszystkim zrobić co mi się żywnie podoba.

Kupowanie sobie statusu społecznego za pomocą obwieszania się logotypami znanych marek dość dawno przestało być już w krajach rozwiniętych modne (choć marki odzieżowe nie ustają w próbach przekonania nas, że jest inaczej), popularnością cieszy się trend minimalistyczny, który w swej najbardziej radykalnej formie sprowadza się do posiadania (literalnie) wyłącznie 100 przedmiotów i ani jednego więcej. Pojęcie luksusu ewoluuje więc na naszych oczach. Luksus to już nie zbytek i nadmiar a raczej to, co najtrudniej osiągalne, najtrudniej osiągalna natomiast w dziesiejszych czasach wydaje się niezależność od przedmiotów, w szczególności zaś od ich nadmiaru.

W przełożeniu na język mody luksusowe pozostają więc wciąż surowce, te najtrudniej osiągalne, przetwarzane podług najnowszych technologii, zwykle naturalne (bo tylko one są wyczerpywalne), charakteryzujące się trwałością i nieprzeciętną urodą. Eksperckie, rzetelne wykonanie to również luksus, ponieważ umiejętności rzemieślnicze są w dzisiejszym świecie na wymarciu. Nie oszukujmy się jednak, że wszystko co „ręcznie wykonane” to produkt luksusowy, bo za robótki ręczne zabierają się również całe rzesze dyletantów. Unikalność projektu i jego wielofunkcyjność (czyli — talent projektanta) to właściwie ostatni niezbędny składnik, który w rezultacie umożliwi nam życie w luksusie posiadania wyłącznie niezbędnego minimum. Kwestie poboczne, jak wymienione przez Joannę warunki dokonywania zakupu i odpowiedzialna produkcja to rzeczy naturalnie współwystepujące z wysokiej jakości surowcem i rzemiosłem. Wyjątkowo cennych surowców nie oddaje się w ręce niewykwalifikowanej siły produkcyjnej a marki, które chlubią się najwyższą jakością wykonania przedmiotów ze swej oferty szanują również klienta, który potrafi to docenić.

Luksusem jest chyba właśnie możliwość reperacji tego, co już istnieje i jest piękne, choć wymiana na nowe (brzydsze) wydaje się tańsza. Możliwość przywiązania się do przedmiotów, które nie zaniemogą zanim jeszcze zdążymy z nimi nawiązać relację uczuciową. Możliwość odmówienia uczestnictwa w kulturze konsumpcyjnej dzięki rozsądnie czynionym inwestycjom. Chcesz sprawdzić w jakim stopniu twój majątek jest luksusowy? Zadaj sobie pytanie : które z przedmiotów znajdujących się w moim posiadaniu będę mógł/mogła przekazać kolejnemu pokoleniu użytkowników a oni chętnie je przyjmą?

Reklamy

4 thoughts on “Luksus nieposiadania.

  1. Doczytałam do słów „nawet futra” i zrezygnowałam. Na Twoim miejscu nie przyznawałabym się do tego, na pewno nie masz powodów do dumy – czerpanie korzyści z niewyobrażalnego cierpienia czujących, myślących istot, to nazywasz LUKSUSEM? żal mi Ciebie.

    • drogie e (doprawdy nie wiem jak inaczej zaadresować mój komentarz)
      nie czuję specjalnej dumy z powodu noszenia futer (choć akurat w tej chwili żadnego nie posiadam), ale też nie zamierzam się tego wstydzić. powiedzmy sobie to otwarcie — czego powinnam się wstydzić, o tym bedę decydować sama. jeżeli chodzi o przemysł futrzarski, poziom humanitaryzmu w traktowaniu zwierząt nie jest ani trochę odmienny od przemysłu skórzanego czy rzeźniczego (często jest nawet znacznie wyższy), więc nie do końca rozumiem oburzenie tych, którzy lubią sobie zjeść dobrego steka i noszą skórzane buty wobec tych, których w zimie ogrzać potrafi najlepiej naturalne futro. jeżeli nie należysz, drogie e, do żadnej z tych grup, jest to twój i tylko twój wybór. jeżeli futro noszone jest dla ogrzania ciała (szczególnie kiedy jest wiekowe i przekazywane z pokolenia na pokolenie, a często własnie tak jest) a nie ustanowienia statusu społecznego — nie widzęw tym nic złego. i tak, jest to mój i tylko mój wybór.

  2. Nie rozumiem, doprawdy nie rozumiem całokształtu futrzanej nagonki. Problem polega na tym, że zwierzęta hodowane dla produkcji futer żyją najczęściej w warunkach urągających żywym istotom. W obliczu tego faktu, absolutnie staję murem za przeciwnikami, ale tymi, którzy nie spożywają mięs, nie chodzą w skórzanych butach i ubraniach, nie używają kosmetyków, które w składzie mają substancje pochodzenia zwierzęcego lub były testowane na zwierzętach. Zdaję sobie sprawę, że w obecnych czasach trudno o prewencję w takich kwestiach, gdyż koncerny zatajają niewygodną prawdę lub po prostu, nie mamy czasu na sprawdzanie takich informacji w życiowym pędzie, gdyż dotarcie do niej może okazać się mozolne. Natomiast osoby, które tworzą czarną otoczkę wokół problemu nabywania i noszenia futer nie zdają sobie nierzadko sprawy z własnych wyborów, których dokonują robiąc zakupy. Jednak, jak ze wszystkim, są dwie strony medalu. Sztuczne futra są produkowane z uszczerbkiem na kondycji naszej planety. Wydaje się, że noszenie futer to naturalna rzecz. W co ubierali się nasi praprzodkowie? Polowali na zwierzęta dla pożywienia, skór i futer. Należy, według mnie, zastanowić się co jest dla nas istotniejsze, cierpienie żywych istot czy cierpienie ogółu, przyczynianie się do psucia naszego naturalnego środowiska, naszego i naszych potomków. A może jedno i drugie jednocześnie? Problem jak widać jest złożony i trudno o złoty środek. Czy zrezygnowanie z futer naturalnych jak i sztucznych może być lekarstwem na całe zło? Nie posiadam ani pierwszego, ani drugiego i jest mi z tym niebywale dobrze.

  3. Myślę, że najlepiej będzie, gdy każdy sam będzie definował co dlań jest luksusem.
    Bez wchodzenia innym w paradę, i bez niepotrzebnego mentorstwa, gdy ktoś będzie miał na tenże inne spojrzenie.

powiedz nam co ci się pomyślało:

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s