Krytyku, opowiedz mi bajkę.

DVNJak co sezon, od trzech tygodni spędzam część dnia (i/lub nocy) śledząc wybiegi Nowego Jorku, Londynu, Mediolanu i Paryża. Jak co sezon kopiuję do wirtualnego albumu fotografie sylwetek, z którymi estetycznie jest mi najbardziej po drodze, jednocześnie wybierając te, które uważam za najbardziej charakterystyczne dla kolekcji (czyli takie, które wywołają z mojej pamięci główne założenia kolekcji nawet, jeżeli wrócę do nich za kilka sezonów, a pamięć mam krótką, podczas gdy komentowanie mody wymaga kontekstu). Jak co sezon zostawiam sobie odczytywanie recenzji pokazów na deser. Po pierwsze, mimo największej niechęci do tego faktu – łatwo ulegam sugestiom. Sugestie działają na mnie w dwojaki sposób : osoba, której zdanie cenię potrafi zmienić mój punkt widzenia na sprawę o dobre 90 stopni; z drugiej strony ktoś, z kogo autorytetem mam zwykle problem może akurat mieć rację, może mieć nawet tę samą rację, którą ja właśnie obracam w szarych komórkach a wynik jest taki, że wbrew sobie zdanie postanowię zmienić, byleby tylko nie zgodzić się z własnym antyautorytetem. Męczące toto. Dlatego — interpretacje innych zostawiam sobie na sam szarusieńki koniec.

Nie odkryję nowych lądów, jeżeli powiem, że branża modowa ma swoich ulubieńców i swoich chłopców/dziewczynki do bicia.  Nie powiem nic nowego, jeżeli stwierdzę, że wypowiedzi pewnych autorytetów ( w tej kategorii odnotowuję obecność zarówno poważanych przeze mnie specjalistów jak i ludzi, których kompetencje uważam za mocno niewystarczające dla ustalania ogólnie_przyjmowanych_za_słuszne opinii) potrafią ustalić prąd wierzeń na temat wartości poszczególnych kolekcji prezentowanych w danym sezonie. Z zasady próbuję zapoznać się z obiema opcjami i muszę przyznać, że w tym sezonie doznałam olśnienia : wiem już co stanowi o jakości komentarza modowego! Wiem co różni mistrzów i wannabes modowej żurnalistyki.

Otóż, na podstawie jednego tylko pokazu (oczywiście, zdecydowanego ulubieńca międzynarodowej prasy, którego fenomen wciąż umyka mi jakoś; nie to, że nie lubię, bo lubię ale wielbić jakoś nie potrafię) a właściwie jego recenzji ostatecznie pojęłam co charakteryzuje znakomity kometarz mody. Na razie recenzje pojawiły się jedynie we wiarygodnych źródłach, co umożliwia mi absolutnie pozytywne podejście  do tematu, bez negatywnych przykładów, choć prędzej czy później pojawią się i te wtórne, złożone z pożyczonych spostrzeżeń ubranych w nie do końca lotne, bo przerabiane na siłę frazy. Na szczęście do tego czasu temat niemal zupełnie się dla większości zdezaktualizuje, bo jak wiadomo, w niezmiennie zmiennej modzie liczy się tylko informacja podawna na gorąco.

Chodzi o pokaz kolekcji wiosenno-letniej, którą w zeszłą środę zaprezentował w Paryżu Belg Dries Van Noten (uff, udało się złożyć zdanie w taki sposob, by nie trzeba było odmieniać nazwiska). Kolekcja luźno inspirowana kulturą flamenco, typowo dla projektanta uwspółcześnioną, odludycznioną, przepisaną na nowo, przemalowaną w kolorystyce niepokojącego hiszpańskiego malarstwa baroku raczej niż festiwalu pieśni i tańca wzbudziła powszechne poruszenie oraz lawinę ochów i achów uzasadnianych zwykle (choć często pośrednio) wysokiej klasy stylizacją pokazu oraz urodą detalu (tu zwykle chodziło o detal tak detaliczny, że zupełnie niewidoczny dla tych, którym nie dane było siedzieć w pierwszym rzędzie, nie wspominając już nawet tych, którzy zadowolić muszą się oglądaniem fotografii online).

Tak więc przeglądam zdjęcia z pokazu i co widzę? Widzę kobietę, która nie wstaje z łóżka przed południem a kiedy w końcu zbierze się w sobie i wyjdzie z domu by pooglądać świat nie tylko przez wielkoformatowe okna swojej wieży z kości słoniowej  nie bardzo wie, kiedy do niej wróci, stąd ubiera się od razu stosownie na każdą ( czyli żadną) okazję. Widzę dziewczynę, która po domowej, choć dość wysmakowanej imprezie zasnęła na kanapie, zmuszona była pożyczyć od gospodarza/gospodyni „coś do spania”  a rano, przed wyjściem, za skarby świata nie mogła znaleźć własnej bluzki, w związku z czym wybiegła na ulicę dokładając do „piżamy” jedynie spódnicę w której przyszła (albo odwrotnie: wychodzi w pożyczonych portkach, własnej bluzce, niewielka różnica). Taką kobietę widzę ja, porywające? Nie bardzo.

Na szczęście w pierwszym rzędzie na środowym pokazie siedziało kilka osób, które widziały więcej niż ja na zdjęciach. Nie zabrakło im również wyobraźni. Okazuje się więc, że wspomniana kobieta tak naprawdę jest rodzajem Kopciuszka zamrożonego wpół drogi między swym mizernym żywotem pędzonym w łachmanach i fajerwerkami balu na dworze książęcym. Albo nie, właściwie prawda jest całkiem inna : bohaterka pokazu to potomkini władców właśnie (właśnie!) obalanego mocarstwa, zbiegająca z królestwa, ukrywająca swe królewskie szaty pod giezłem wieśniaczki w obawie przed egzekucją. Lepiej, prawda? Znacznie lepiej. Mam już nawet kilka pomysłów na to, jak sobie strój zamrożonego Kopciuszka wyczarować w ramach mojej skromnej dość garderoby, jak zaaranżować się na uciekającą carewnę w nadchodzącym sezonie. Oczywiście, na nic z nadchodzącej kolekcji DVN mnie stać nie będzie, ale coś wymyślę, moja wyobraźnia właśnie dostała potężnego kopa i chyba właśnie na tym polega wartościowe komentatorstwo mody. Pomiędzy właściwie użyte fachowe terminy branżowe wrzuć mi, krytyku, bajkę. Bez bajki moda to tylko ubrania. Acha, krytyku, najbliższa okazja do bajkopisania już niedługo: 15-20 października, w Łodzi.

Próba mikrofonu.

Moja obecna sytuacja jest dość surrealistyczna ( choć może tylko ja ją odbieram w ten sposób). Po niemal dekadzie spędzonej za granicami kraju, właśnie wróciłam do rodzinnego miasta, Szczecina, na wystarczająco_stałe żeby wynająć mieszkanie (bez podpisywania długoterminowej umowy najmu, tak, na wszelki wypadek). Wróciłam z rodziną, niewielką, za to nie mówiącą po polsku płynnie (syn, lat 7, prawie 8) lub wcale (mąż, lat 42, z niewielką szansą na przyswojenie sobie języka, podobno najtrudniejszego z trudnych). Na razie to na mnie spoczywa cała odpowiedzialność za porozumiewanie się ze światem zewnętrznym, szczególnie tym oficjalno-urzędownym czy szkolnym.

Zza oceanu pisałam o modzie lub dotykałam okołomodowych tematów, studiowałam projektowanie odzieży na FIT NYU, stylizowałam hobbystycznie i komercyjnie sesje modowe, próbowałam swoich sił jako właścicielka butiku online, przez moment prowadziłam nawet własne studio projektowe, w którym powstała mini- kolekcja odzieży bazująca na tradycyjnych metodach krawieckich oraz orientalnych metodach ręcznego farbowania tkanin. Pracowałam jako tłumacz i jako szwaczka, parzyłam kawę i bukowałam loty/taksówki/restauracje wybitnemu, niezwykle wiekowemu reżyserowi, który zaczynał właśnie tracić kontakt z rzeczywistością. Trenowałam w siłowni, odnawiałam antyczne meble, sprzątałam apartamenty bogatszych ode mnie ludzi. To wszystko wydarzyło się już poza Polską, zanim wyjechałam utrzymywałam się z pisania radiowych spotów reklamowych, nauczania tańca współczesnego, a przez jakiś czas nawet z nagród w konkursach poetyckich. Pewnie o czymś zapomniałam. Miałam wiele pomysłów na życie i bardzo długo nie mogłam zdecydować z czym mi najbardziej po drodze.

Od dłuższego czasu nieprzerwanie zajmuję się właśnie modą (jednocześnie niecałkiem zarzucając próby literackie), choć nie tylko o niej chciałabym tu pisać. Powiedzmy — chciałabym kiedyś udowodnić mojemu dziecku, że nie jestem aż tak nudna jak mu się obecnie wydaje 😉ciocia